Dziękuję
Lusi A. za miłą opinię, cieszę się, że jeszcze ze mną wytrzymujesz :) A resztę
gorąco zachęcam do komentowania! Każda wypowiedź jest dla mnie ważna, a bardzo
chciałabym wiedzieć co kto myśli o tym co tu wyskrobuję :)
Pozdrawiam
i zapraszam do czytania
Jared nie podejrzewał, że coś takich
rozmiarów, może wydawać z siebie takie głośnie dźwięki. Coś pomiędzy warkotem,
a spazmatycznym duszeniem się, wydobywało się z jego pyska, razem z obrzydliwą
pianą. Kojot – szakal? – był wielkości średniego psa, ale jego zęby wydawały
się nieproporcjonalnie wielkie i ostre.
Dominica była wysoka jak na swój
wiek, a mimo to zwierzę, uderzając ją łapami w pierś, przewróciło na ziemię.
Dziewczyna krzyknęła, starając się zrzucić z siebie bestię, kiedy ta
zatopiła zęby w jej ramieniu. Przeraźliwy wrzask dobiegł do uszu chłopaków.
Jared kopnął kojota – szakala? – w kościsty
bok, a zwierzę nieprzygotowane na atak
sturlało się z Dominici, boleśnie szarpiąc jej ramię. Piana dochodząca z pyska
zwierzęcia oblepiała jej koszulkę.
Nie wiedząc jak poradzić sobie w
takiej sytuacji, w momencie gdy drapieżnik znowu rzucił się w ich stronę, po
prostu zasłonił się rękami odpychając jego pysk. Pamiętał, jak któryś prezenter
robił to kiedyś z rekinami, w szkole przetrwania.
Krzycząca Dominica i charkoczące
dźwięki dochodzące z gardła zwierzęcia mieszały mu się w jeden dźwięk.
Kojoto-szakal w furii znowu skoczył i nagle znalazł się na leżącym Jaredzie,
który uniósł ręce w jego stronę, z całej siły nie pozwalając
mu dostać się do swojego gardła. Zwierzę poruszało się chaotycznie i
nieprzewidywalnie. Jared widział jak białka kojota wychodzą z oczodołów, gdy
ten próbuje rozszarpać jego twarz.
Nagle zwierzę znikło z pola widzenia,
a on usłyszał skomlący pisk. Zobaczył nad swoją głową Petera, który niczym
miecz, trzymał w ręku pogrzebacz. Nie miał pojęcia skąd go wziął, ale czując,
że nie jest to teraz najważniejsza kwestia, przyjął jego rękę i wstał.
Kojot leżał pod ścianą hotelu,
jednak już zbierał się na nogi, więc Jared nie tracąc czasu podniósł do pionu
Dominicę. Dziewczyna w szoku, nawet nie płakała, chociaż z jej gardła
wydobywało się coś, co mogło być szlochem. Złapał ją w pasie i zawlókł do samochodu.
Dokładnie w momencie, gdy Peter
odrzucił pogrzebacz i zatrzasnął drzwi kierowcy, rozwścieczone zwierzę uderzyło
pyskiem w samochód. Zachowywało się jakby chciało przegryźć stal, brudząc
wszystko wokół pianą.
– To szakal! – sapnęła Dominica.
– Szakali nie ma w tych lasach!
– Jemu to powiedz! – krzyknął Peter,
odpalając samochód. – Dlaczego wszyscy tak nienawidzą mojego auta?!
Peter ruszył i szakal szybko został
z tyłu, jednak nie poddając się biegł za nimi. Jego łapy uderzały o ziemię nieskoordynowanie,
zupełnie inaczej niż Jared widział na filmach przyrodniczych. Wyglądał jakby
miał się zaraz przewrócić, nawet na płaskiej drodze. Jared odwrócił wzrok.
– Peter! Brama!
Chłopak został zmuszony gwałtownie
zahamować, kiedy im oczom ukazała się zamknięta
również wykonana z drewna przeszkoda. Na niej również wisiał szyld hotelu, a po
obu stronach rozciągał się gęsty las.
– Szlag, szlag, szlag, to był zły
pomysł – wymruczał Peter. – Co teraz?
– Nie możesz przejechać naokoło?
– Co?! To nie terenówka!
Huk strzału wdarł się do ich uszu.
Cała trójka spojrzała przed siebie.
Postrzelony szakal, czołgał się w
ich stronę już tylko za pomocą dwóch łap. Jego bok krwawił obficie, jednak on
ignorował to i z chorą zawziętością odpychał się od ziemi. Jakby najważniejszą
rzeczą jaką miał zrobić to dotarcie do nich i zabicie. Cały jego pysk wypełniało
szaleństwo.
W końcu głowa szakala opadła, a w
polu widzenia pojawiła się jakaś postać, u boku której wisiała strzelba.
Jaredowi dreszcz przeszedł po plecach,
jednak nie zastanawiając się długo, wyskoczył z samochodu i pobiegł w stronę
przybysza. Usłyszał za sobą krzyk Petera i wiedział, że gdy tylko dostanie się
w jego łapy, zostanie wyzwany od idiotów, ale nie dbał o to.
Jared obserwował jak mężczyzna kuca
przy szakalu i strzelbą wpycha pod jego głowę jakiś sznurek. Chłopak przełknął
ślinę. Pysk szakala był oblepiony w szarej pianie, a jego oczy były otwarte i
mimo że martwe, patrzyły na niego dalej z tą samą wściekłością. Zauważył, że
zwierzę na pewno nie mogło być zdrowe. Jego sierść była prawie szara, a grzbiet
prawie całkowicie łysy. Szakal miał pokaleczone uszy i jakby… ucięty fragment
ogona?
– Kim pan jest? – spytał Jared,
odwracając wzrok od zwierzęcia.
Szare tęczówki mężczyzny spojrzały
na niego. Wyglądał na poważnego człowieka przed sześćdziesiątką, a jego włosy
zdążyły już posiwieć. Krótki zarost widniał na pokrytej zmarszczkami twarzy, a
lewe oko mężczyzny wyglądało jak zapuchnięte.
– Aktualnie, myśliwym szakali –
odpowiedział, zawiązując nad drapieżnikiem dwa końce sznurka.
– To prawda? To są szakale? – spytał
Jared, nie przedstawiając się. Mężczyzna podniósł zwierzę za sznurek, dzięki
czemu nie musiał dotykać skażonych pianą fragmentów ciała. – To znaczy…
Myślałem, że to zwierzęta pustynne.
– Najwyraźniej upodobały sobie lasy
– odparł mężczyzna, głębokim głosem. – I stada. Aż dziwne, że spotkaliśmy
tylko jednego.
– Jared! – usłyszał pisk Dominici.
Odwrócił się i zobaczył ją jak stała opierając się o samochód. Peter mówił coś
do niej, ale tego nie dosłyszał.
– On ma wściekliznę? – spytał szybko
Jared. – Ta piana…
– To gorsze niż wścieklizna –
powiedział mężczyzna, potrząsając zdobyczą. – Zabierz koleżankę do szpitala –
powiedział i odwrócił się by odejść.
Jared rozszerzył oczy.
– Czekaj! – krzyknął za mężczyzną.
Po chwili warknął i podbiegł do Petera i Dominici. – Szlag, szlag,
szlag…
– A żebyś wiedział – dodał Peter. –
Ona się zaraz wykrwawi na moim
siedzeniu!
Jared zignorował go, łapiąc Dominicę
za rękę i poczuł jak coś zmraża mu wnętrzności. Ramię dziewczyny było niemal w
całości pokryte krwią, przez którą mógł zobaczyć rozerwaną skórę, jakieś
ścięgna, żyły i większość tego, co miał okazję zobaczyć jedynie w podręcznikach
od biologii. Poczuł mdłości, tym bardziej, że Dominica wyglądała, jakby nawet
nie poczuła tego, że ją dotyka.
– Zawieź ją do szpitala – powiedział,
pomagając dziewczynie wsiąść do samochodu.
– Nie mów, że tu zostajesz! – syknął
Peter.
– Wróć po mnie, gdy zadzwonię, okej?
Powiem mojej mamie, że śpię u ciebie jak coś. – powiedział, spoglądając za
odchodzącym mężczyzną. – Jedź już!
– Żartujesz? Nie zostawię cię w tym
lesie!
– Trzeba jej pomóc, ten facet
powiedział…
– Idziesz ze mną!
– Ona potrzebuje pomocy!
– Ty może też będziesz potrzebował!
– Jedź!
Peter zacisnął zęby i otworzył drzwi
od kierowcy.
– Jesteś idiotą – syknął wściekle.
Jared odwrócił się i nie patrzył jak odjeżdża. Czuł się beznadziejnie, może
nawet gorzej. Dominica została zaatakowana, ponieważ przyjechała tutaj z nimi. Miał
nadzieję, że dziewczyna jest w zbyt wielkim szoku, żeby czuć pełny ból.
Najważniejsze było to, żeby nie wdało się zakażenie. Cholera, czy powinni
opatrzyć ranę? Jak mógł o tym wcześniej nie pomyśleć!
Jared potrząsnął głową, wykrzywiając
usta. Nic teraz z tym nie zrobi.
Jego wzrok prześlizgnął się po
hotelu i niemal podskoczył zauważając w oknie starą recepcjonistkę. Jej twarz
wydawała się być bardziej pomarszczona niż wcześniej, gdy wpatrywała się w
Jareda. Przez krótki moment wydawało mu się, że kobieta coś powiedziała, jednak
w tej samej chwili firanka opadła, zasłaniając ją całą. Jaredem wstrząsnął
dreszcz.
Dobiegł do mężczyzny, który kierował
się zupełnie w inną stronę niż hotel, powoli znikając za drzewami. W dłoni
dalej trzymał sznurek z zawieszonym szakalem.
– Proszę pana! – krzyknął,
zatrzymując mężczyznę. – Co miał pan na myśli, mówiąc że „to gorsze niż
wścieklizna”?
Zanim zdążył spojrzeć na jego twarz,
coś zostało mu brutalnie wepchnięte w dłonie. Jared poczuł chłód
twardej stali i z zaskoczeniem stwierdził, że trzyma w rękach nóż myśliwski.
– Może być ich więcej – powiedział
mężczyzna.
Jared rozejrzał się dookoła z
niepokojem stwierdzając, że wchodzą coraz głębiej w las. Przejechał palcem po
ostrzu, zauważając, że w razie ewentualnego ataku, kompletnie nie wie, co z tą
bronią zrobić. Oprócz machania na oślep, oczywiście.
– Dlaczego są tu szakale? – spytał, znowu
podbiegając kilka kroków.
– Same nie przyszły – odpowiedział
mężczyzna. Podniósł strzelbę wyżej i powoli wkroczył do lasu. –
Ktoś je tu przegonił.
– Kto?
Myśliwy nie kłopotał się
odpowiedzią. Jared zacisnął palce na nożu.
–Dokąd idziemy? – zadał kolejne
pytanie. Czuł się w tym momencie jak zagubiony chłopczyk i wiedział, że musi
teraz wyglądać żałośnie, ale zepchnął to uczucie w odmęty swojej czaszki.
– Ja idę do domu. Ty też powinieneś
wracać do swojego.
– Szukam dziewczyny – powiedział
szybko Jared.
– Nie do mnie z tą ofertą –
powiedział cierpko mężczyzna.
Jared zmarszczył nos, patrząc na to jak
towarzysz się z niego naigrywa.
– To moja kuzynka – nie pozwolił,
żeby jakkolwiek zostało to skomentowane i kontynuował. – Zaginęła paręnaście
dni temu.
– W lesie jej raczej nie znajdziesz.
– Była zameldowana w tym hotelu –
ciągnął Jared i machnął ręką w stronę budynku. – Chciałbym wiedzieć, czy ją pan
widział.
Mężczyzna uniósł brew.
– Blondynka, ma prawie złoty odcień
włosów – kontynuował szybko. – Piętnaście lat, niebieskie oczy i średni wzrost.
Ma dwa pieprzyki pod okiem i uczulenie na orzechy – mówił, ale jego rozmówca
jedynie wzruszył ramionami.
– Chłopcze, wracaj do hotelu i
poczekaj, aż ten twój blady kolega cię zawiezie do domu – powiedział
beznamiętnie. Przez głowę Jareda przemknęła myśl, czy Peterowi spodobało by się
przezwisko „blady”…
– Mam jej zdjęcie – nie ustąpił,
grzebiąc w kieszeniach. Po chwili podał fotografię mężczyźnie.
I w końcu na jego twarzy pojawiła
się jakaś emocja. Niezbyt duża, zwykłe drgnięcie mięśni znajdujących się przy
oczach, jednak Jared wiedział, że w tym momencie on wygrał.
Jednak gdy starszy mężczyzna się
odezwał, po ciałem Jareda wstrząsnął dreszcz.
– Chodź ze mną – powiedział krótko. Jared
spojrzał na niego dziwnie, jednak myśliwy już szedł przed siebie, więc i on
ruszył za nim. Zastanowił się, co powie o tym Peter? Pchał się do obcego domu,
zbudowanego w lesie. Jak za złość przypomniały mu się właśnie wszystkie
horrory, jakie zdążył obejrzeć w swoim krótkim szesnastoletnim życiu, a nawet
historia o babie Jadze. Jego
wyobraźnia naprawdę musiała go nienawidzić.
A jednak udało się. Mężczyzna
widział już kiedyś Cassidy, a to oznaczało, że może wiedział gdzie się
znajduje! Do Jareda dopiero zaczynało to docierać, a jego nogi wydawały się jak
z waty. Przyjechał tu z myślą, że znajdzie kuzynkę i był tego tak pewny, że aż…
aż sam w to zwątpił. Chodź ze mną. Bez
żadnych wyjaśnień, a
jednocześnie to zdanie mówiło tak wiele.
Mimo zimnego wieczoru, poczuł jak
przyjemne ciepło rozlewa się po jego klatce piersiowej. Cassidy! On będzie tym który sprowadzi ją do
domu!
Nowo nabyta ekscytacja przygasła w
momencie, w którym myśliwy zniknął mu z oczu.
– Proszę pana? – zapytał cicho,
rozglądając się. Las był pogrążony w nieprzeniknionej ciemności.
– Proszę pana! – zawołał, jednak nie
zdążył dokończyć całkowicie ostatniej sylaby, a coś szorstkiego zasłoniło mu
usta.
– Zamknij się! – syknął mężczyzna
rozglądając się. – Strzał mógł je tu zwabić.
Jared domyślił się, że mówi o
szakalach i przez resztę drogi nie odezwał się.
Sama droga mu tego nie ułatwiała, gdyż
musiał przeciskać się między drzewami, wpadać w błotniste kałuże, gęste
cierniowe krzaki, a co za tym idzie wiele obrzydliwych robali. Mimo wszystko cieszył
się, że miał na sobie ciemne bojówki. W końcu był to mocniejszy materiał niż
dżinsy, które pewnie natychmiast by się rozpruły, a brud był widoczny dwa razymocniej.
Przed oczami miał wizję tego co się z nim stanie, gdy odda matce takie spodnie
do prania.
Jednak nie były to jedyne
przerażające wyobrażenia. Za każdym razem gdy usłyszał jakiś szelest, dochodzący
zza jego pleców, jego mózg podsyłał mu obrazy zmutowanych potworów, brzydkich
psychopatów z piłami mechanicznymi (dzięki Peter!) i paskudnych zombie.
Żałował, że nie wziął ze sobą pogrzebacza, który odrzucił jego przyjaciel. Była
to zdecydowanie dłuższa broń od noża myśliwskiego. Może nie groźniejsza, jednak
w tym momencie Jared wolał trzymać się z dala od ewentualnych przeciwników, niż
z nimi walczyć.
Już miał zamiar otworzyć usta i
zapytać o coś mężczyznę, ale w tej chwili jego oczom ukazała się sporych
rozmiarów polana. Zmrużył oczy, starając się dopatrzeć zamazanego kształtu w
oddali. Dopiero gdy podeszli bliżej, okazało się, że w rogu polany stał dom – a
właściwie spora chata.
Mężczyzna wepchnął go
bezceremonialnie do środka i zatrzasnął drzwi. Jared tylko przez chwilę stał
sparaliżowany.
– Hej! – uderzył pięścią w drewno. –
Co robisz?!
– Siedź cicho! – syknął mężczyzna po
drugiej stronie.
– Wypuść mnie! – warknął Jared. –
Zadzwonię na…
– Zaraz wracam, dzieciaku – usłyszał
zza drzwi. – Do tego czasu masz się nie odzywać!
Jared zaklął i odsunął się. Przez
chwilę słyszał charakterystyczne szuranie butów o ziemię, a potem szarpnął
drzwiami, jednak te ani drgnęły. Spróbował jeszcze raz, tym razem opierając na
nich cały ciężar ciała, mimo to efekt był podobny. Obrażony odwrócił się do
nich plecami.
W innych okolicznościach mógłby nazwać
chatę przytulną. Po lewej stronie było coś na kształt kuchni, tylko zamiast
zlewu, stał wielki baniak pełen wody. Tuż obok, można było zobaczyć dziurę w
ścianie, prowadzącą na wylot kominka – zapewne udawał piec. Z kolei kominek
patrzył na ładnie urządzony salon, pełen skór, którymi były obite meble.
Wysoki, zagracony stół stał przy starej kanapie, na której mogłaby się
pomieścić czwórka ludzi. Jared poczuł się irytująco mały.
Na szafkach koło kominka leżały
wysuszone grzyby, a kilka sznurów wisiało
pod sufitem. Przesunął wzrokiem po również ususzonych owocach, jakiś
drobiazgach typowych do salonu, a później usiadł na kanapie. Mimo że dotyk
gładkiego futra, które zostało położone tu zamiast obicia, było przyjemne, to
świadomość z czego to futro jest zrobione, lekko zniechęcała.
Tak czy siak, Jared nie mógł się
powstrzymać od głaskania z podziwem delikatnej sierści, poczuł nawet żal, że
tak piękne zwierzę jest tak nieokiełznane. Przesuwał palcami po czarnym wzorze,
gdy jego dłoń trafiła na coś twardego. Spiął się, ale podniósł przyrząd w górę.
W jego rękach, dokładnie przed
twarzą spoczywała kusza myśliwska. Jared z wrażenia wypuścił nóż, który
miał zaciśnięty w lewej ręce i zaczął się przyglądać broni.
Całość mierzyła około trzydziestu
centymetrów, jednak waga nie była uciążliwa. Na przodzie kuszy wystawała
załadowana strzała, naciągnięta standardowym łukiem. U góry znajdował się
celownik, dzięki któremu lepiej można było nakierować strzał, a na dole znajdował
się kawał drewna, przy którym umocowany był spust. Jared podniósł ją jedną
ręką. Teraz tego nie czuł, jednak podejrzewał, że bieganie z czymś takim
dłuższy czas może być bolesne w konsekwencjach.
Teraz jednak zafascynowany
wcelowywał w różne przedmioty w chacie, udając jak małe dziecko, że strzela.
Całą zabawę przerwało mu wibrowanie komórki, jednak pewny, że to Peter, nie
spojrzał nawet na ekran.
– I jak z Dominicą? Dotarliście? –
spytał, w dalszym ciągu przypatrując się kuszy.
Jednak cisza po drugiej stronie
słuchawki ciągnęła się, a jedyne co słyszał Jared to czyjś świszczący oddech.
– Hej, stary? Wszystko w porządku?
– Jared? – usłyszał cichy, kobiecy
głos.
Zacisnął palce na kuszy, nieświadomy
tego, jak gwałtownie wyprostował plecy. Poczuł jakby ktoś wylał mu na głowę
wiadro lodowatej wody.
– Cassidy – sapnął i poczuł jakby stracił
na chwilę wzrok. Potrząsnął głową otrząsając się.
– Jared? Jared słyszysz m-mnie? –
szepnęła dziewczyna.
– Gdzie jesteś? – spytał, starając
się nie brzmieć gwałtownie.
– Jared, pomóż m-mi – jęknęła
Cassidy. – Tu jest zimno, błagam, zabierz mnie stąd…
Jared zacisnął zęby.
– Cassidy, skup się – rozkazał
stanowczo. – Gdzie jesteś?
– Nie wiem – wyszeptała. – Nie
w-wiem, zimno…
– Powiedz mi co widzisz – czuł jak
jego serce przyśpiesza z każdym usłyszanym słowem. – Nie mogę ci pomóc, jeśli
nie będę wiedział gdzie teraz jesteś.
– Tu jest c-ciemno. I zimno, nic nie
widzę – Jared usłyszał jej urywany oddech. – Zabierz mnie stąd! – poprosiła tym
samym ledwo słyszalnym głosem.
– Co pamiętasz? Jakieś
charakterystyczne miejsca, budowle? Zanim znalazłaś się tam gdzie jesteś.
– To… nie wiem. Chyba wiatrak. Taki
w-wielki, nieruchomy.
Jared poczuł się zdezorientowany. Wiatrak?
– Szczegóły, Cassidy. Jak
najwięcej – poprosił gorliwie.
– J-ja nie wiem – załkała
dziewczyna. – Moja bateria, o-ona się za chwilę wyczerpie… Jared, tu jest
ciemno, b-błagam, pomóż mi.
Jared zacisnął pięści.
– Cassidy, dlaczego szepczesz?
W telefonie zaległa na chwilę cisza,
w ciągu której Jaredowi zamarło serce.
– Ponieważ myślę, że ktoś tutaj
jest.
Miał wrażenie, że zapomniał jak się
oddycha. Nieobecnym wzrokiem przesunął po chacie i czuł, jakby miał zaraz
zwymiotować.
– To Caduto – wyszeptała Cassidy. –
Jared, muszę…
I w tym momencie usłyszał sygnał
przerwanego połączenia. Wpatrywał się tępo w ekran, zanim w pełni to do niego
dotarło.
– Cassidy? – szepnął.
Na telefonie już pojawiła się jego
tapeta i mimo że wiedział, że to bez sensu krzyknął jeszcze raz.
– Cassidy! – jednak to oczywiście
nic nie dało, a komórka spoczywała w jego ręce niczym martwa. Chaotycznie
wybrał poprzedni numer i zadzwonił, jednak nikt nie odebrał. Zrobił to jeszcze
raz, znowu bezskutecznie. Zrozpaczony próbował dodzwonić się jeszcze przez
następne parę minut, jednak za każdym razem słyszał automatyczną sekretarkę.
Jared
zaklął, uderzając telefonem w kanapę.
Jak zawsze genialny rozdział :D
OdpowiedzUsuńPS będę z Tobą do końca ;) :D
OdpowiedzUsuńBardzo się z tego cieszę, to dużo dla mnie znaczy. Tak więc najpiękniej zapraszam cię do rozdziału 5 :)
Usuń