Pierwsze
co poczuł, gdy tylko odzyskał świadomość, to chłód. Nieprzyjemne zimno otaczało
go z każdej strony, jakby w parodii czułego uścisku. Nie mógł się pozbyć
wrażenia, że jego głowa dryfuje kawałek dalej od ciała. Kilometr i kilka centymetrów
za nim.
Otworzył leniwie oczy, a jego
powieki wydawały się jak z ołowiu. W pierwszym momencie, jedyne co widział to
jakieś poprzeczne kreski przed jego twarzą. Dopiero później, wraz z pulsującym
bólem skroni, powróciły do niego wyraźne obrazy.
Wokół otaczał go las. Widział
pozbawione liści korony drzew, zawieszone wysoko nad jego głową, zza których
spoglądało na niego ciemne niebo. Jared mętnie kojarzył, że chyba pierwszy raz
w życiu widzi tyle gwiazd na raz.
Obrócił głowę na bok i zobaczył
wielką postać, siedzącą pod wysoką sosną. Mężczyzna miał spuszczoną głowę i
wyglądał jakby głęboko się nad czymś namyślał. Jego strzelba leżała tuż za nim,
pozornie porzucona, jednocześnie cały czas pozostając w gotowości.
Na widok broni, mózg Jareda zaczął
znowu pracować. W jednej chwili jego ciało wypełnił ból, a on sam poruszył się
niespokojnie, starając się nie wydawać żadnych dźwięków.
Telefon. Peter zadzwonił do niego, powiedział…
Powiedział Silierence, nie mógł się przesłyszeć. Myśliwy był przerażony, a
potem…
Przesunął wzrokiem wzdłuż swojego
boku. Jego koszula podwinęła się mocno, a on czuł pod plecami wiele
niewygodnych patyczków, igieł i szyszek. Skóra piekła nieubłaganie i miała
wiele rozcięć, zupełnie jakby ktoś ciągnął go po szorstkiej ziemi. Jego prawy
nadgarstek był dziwnie wygięty, ale to co go przeraziło to długi zawiązany na nim
sznur. Włókna przesiąkły krwią, która wydobywała się z rany, po rozcięciu
sznurem. Miał nadzieję, że jest zbyt otępiały by czuć pełny ból zsiniałej ręki.
Spojrzał z powrotem w stronę
mężczyzny, jednak on zniknął. Jared czuł jak jego tętno przyśpiesza, jakby
serce miało mu zrobić dziurę w piersi. Rozejrzał się rozpaczliwie, podpierając
się na zdrowej dłoni.
Nagle myśliwy stanął nad nim i z
wrogim wyrazem twarzy szarpnął jego ramię w górę. Jared poczuł ból w całym
ciele i ciężko stanął na nogi. Mężczyzna trzymał go mocno, więc nawet gdyby
miał na to siłę, nie mógłby uciec. Lufa
strzelby była wycelowana prosto w niego.
– Czego chcesz? – warknął Jared, spoglądając
na mężczyznę. Miał przekrwione oczy, a siwe włosy opadały mu na twarz, co
nadawało mu wygląd szaleńca. Wpatrywał się w Jareda nie mrugając, przez co
chłopak poczuł na karku dreszcze.
– Szukają cię – wysapał mężczyzna.
Jared drgnął. Zmrużył oczy, wiedział
o czym mówi myśliwy.
– Nawet jeśli, to co? Tak po prostu,
chcesz mnie im oddać? – syknął, a myśliwy zacisnął mocniej rękę na jego
ramieniu. – Co ci to da?
– Caduto cię szukają – powtórzył,
ignorując go. – Musisz tam być – powiedział i pociągnął go brutalnie w stronę
drzew.
Jared zaparł się nogami i starał się
odepchnąć rękę myśliwego.
– Puszczaj mnie! – krzyknął głośno. Strzelba
uniosła się lekko w górę.
– Stul pysk – warknął mężczyzna.
– Nie! Odwal się ode mnie!
– Zamknij się, dzieciaku!
Jared odepchnął z całej siły
myśliwego, jednak równie dobrze mógł spróbować przesunąć ścianę.
Jak
tylko znajdę Cassidy, idę na siłownie – przemknęło mu przez głowę, w
momencie, gdy wielka pięść zwaliła go z nóg.
Rzucił się przed siebie, nie
zważając na to, że dalej się czołga, jednak mężczyzna złapał go za kostkę i
uniósł całą nogę. Jared szarpał się wściekle, łapiąc się pnia jakiegoś drzewa.
Gdy już poczuł, że wygrywa, strzelba wystrzeliła.
Huk ogłuszył go i w pierwszym
momencie Jared puścił pień, przez co myśliwy odciągnął go w swoją stronę.
Dopiero po chwili chłopak zorientował się, że strzał chybił, a pocisk został
wbity w ziemię obok niego.
Poczuł jakby coś rozdzierało mu
brzuch i okolice klatki piersiowej, gdy myśliwy przeciągał go do siebie, a
koszulka z powrotem się podwinęła. Przez kilka sekund czuł jakby każda igła z
runa na którym leżał, wbiła mu się pod skórę i urządziła ruchliwą
dyskotekę. Krzyknął i przeniósł rękę na brzuch, zauważając, że tam również ma
pełno ran i rozcięć takich samych jak na plecach.
– Ciągnąłem cię, ale ty zacząłeś
krwawić – usłyszał niski głos myśliwego. – Postanowiłem poczekać, aż się
obudzisz.
– Szorowałeś mną cały las?! –
krzyknął, nagle uświadamiając sobie sens sznura na jego nadgarstku. Myśliwy tak
samo postąpił z szakalem, wtedy koło hotelu.
Mężczyzna nie odpowiedział, a Jared
przytknął dłonie do skóry na klatce piersiowej. Koszulka na całej powierzchni
tułowia była przesiąknięta na ciemno-czerwony kolor, a on czuł jak z
zanieczyszczonych ran wypływa krew.
To
tylko zadrapania idioto, nie wykrwawisz się – prychnął sam na siebie,
chcąc, żeby jego wewnętrzny głosik brzmiał stanowczo.
Zacisnął zęby i zaczął odplątywać
sznur. Gdy odrywał go od zakrwawionej ręki, wydał z siebie dziwny dźwięk, coś
pomiędzy krzykiem, a jęknięciem. Rana wokół nadgarstka była głęboka i mocno
krwawiła, a przede wszystkim bolała.
W końcu odwrócił się i przeniósł
wzrok na myśliwego.
– Nie waż się znowu uciekać –
ostrzegł mężczyzna.
– Bo co? Zastrzelisz mnie? – warknął
Jared. – Powiedziałeś, że Caduto mnie szukają, podejrzewam, że woleliby żywego.
– Zamknij się i wstań – rozkazał
mężczyzna. – Sam do nich pójdziesz.
– Jesteś szaleńcem! Nie ma mowy –
krzyknął Jared.
– Wstawaj! – ryknął myśliwy, łapiąc
go za ramię. Chłopak syknął. – Powiedziałeś, że chcesz odnaleźć kuzynkę, tak?
Jared patrzył wyzywająco na mężczyznę,
jednak ten najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi.
– Tak czy nie?! – krzyknął mu w
twarz, tak, że chłopak poczuł jego śmierdzący oddech.
Myśliwy szarpnął nim, a Jared
niechętnie kiwnął głową.
– No to widzisz, dzieciaku – warknął
mężczyzna, patrząc mu prosto w oczy. – Jakieś cztery kilometry na wschód stoi
od dawna nieużywany młyn. Pójdziesz tam, a znajdziesz tę dziewczynę, a
potem ty i twój blady kolega, wrócicie z nią do miasta i wyjedziecie gdzieś daleko…
– Myślałem, że chcesz mnie oddać tym
popaprańcom z Caduto! – krzyknął Jared. – Dlaczego nagle chcesz mnie wysłać na
jakąś misję ratunkową?!
Mężczyzna przypatrzył się uważnie
jego twarzy i wziął ręce z jego ramion.
– Ponieważ w ciebie nie wierzę –
powiedział, unosząc kąciki ust. – Nie wierzę, żeby głupi szesnastolatek dał
radę całemu oddziałowi Caduto, bez jakiejkolwiek broni – uśmiechnął się
drwiąco. – I dlatego, że gdy głupi szesnastolatek zostanie złapany, powie, że
został przysłany przez starego Sandina z pod lasu na znak pokoju, a Caduto
przestanie wysyłać w tę stronę te zapchlone szakale.
– Nie zrobię tego – warknął Jared.
– Dlaczego nie? – spytał z
satysfakcją myśliwy. – Powiedziałem ci, gdzie się znajduje ta twoja kuzynka.
Przysługa za przysługę.
Jared wpatrywał się w niego z
nienawiścią. W jednej chwili jakiekolwiek pozytywne uczucia odnośnie tego
człowieka, wyparowały. Przez chwilę zastanawiał się, jak głupi musiał być, żeby
wejść z obcym, uzbrojonym mężczyzną do lasu. To wszystko było bez sensu.
– Smutne, że to dzieciaki zawsze
płacą za błędy ojców.
Jared zamarł, ze wzrokiem utkwionym
w ziemię. Po chwili poderwał gwałtownie głowę.
– O czym ty gadasz? – spytał,
przeszywając mężczyznę wzrokiem.
On tylko przymknął oczy i uśmiechnął
się złośliwie. Wyglądał jak człowiek który jednocześnie ma ochotę wybuchnąć
śmiechem, jak i uderzyć głową w stół.
– Wróć żywy, to pogadamy.
Jared zacisnął powieki. Mętlik w
jego głowie robił się większy z każdą minutą i mógł szczerze powiedzieć, że ma
dość. Przez chwilę jedynym czego chciał to łóżko i gorąca herbata. Skąd mógł
przypuszczać, że kiedykolwiek będzie mu tak niewiele potrzebne do szczęścia?
Gdy otworzył oczy, wiedział co mu
potrzebne: Cassidy. Dopiero gdy znajdzie dziewczynę zazna spokoju.
– Wschód jest w tamtą stronę –
zadrwił myśliwy, unosząc dłoń. – Radziłbym ci się pośpieszyć. Nie wiadomo po
ilu porcjach twoja kuzynka uzależni się całkowicie.
Jared odwrócił się do niego plecami.
Uzbrojony jedynie w krótki nóż myśliwski, rozważał, czy udałoby mu się
zaatakować człowieka ze strzelbą i jednocześnie samemu
nie zginąć. Jednak czując, że jego szanse są nikłe, zrezygnował. Mimo że
myśliwy robił tylko to, co według niego było właściwe, Jared całą wściekłością
obarczył jego osobę. Nigdy nie był typem bohatera, nigdy nie przyszło mu na
myśl, żeby się za kogoś poświęcać. Nawet do sprawy Cassidy podchodził z
dystansem i wiedział, że w głębi ducha był tak naprawdę tchórzem.
Jednak gdy wchodził coraz głębiej
między drzewa, na jego twarzy nie było widać oznak tchórzostwa, a jego oczy
błyszczały niebezpiecznie. Zacisnął rękę na nożu, jak na ostatniej desce
ratunku i bez strachu przemierzał las.
W oddali słyszał jeszcze krzyki
myśliwego, jednak całkowicie je zignorował. Nie miał zamiaru za nikogo się
poświęcać tej nocy. Wejdzie tam, odnajdzie Cassidy i sam nie da się porwać.
Szatański plan zrodził się w jego
głowie, gdy pomyślał o myśliwym.
– Idź do diabła – szepnął, wyciągając
przed siebie nóż.
۞
–
Panie Willselt? – usłyszał niewyraźny głos pielęgniarki.
Mruknął coś przez sen, nie
otwierając oczu. Białe światło raziło go mocno przez powieki, więc zakrył je
dłonią.
– Panie Willselt, za chwilę północ –
ten sam głos uporczywie wdzierał się do jego czaszki. Ale on mu na to pozwalał,
ten głos nie był zły, lepiej, był aksamitny i gładki, delikatnie pieścił
jego uszy…
– Panie Willselt!
Peter
podskoczył gwałtownie na krześle i rozejrzał się wokół zdezorientowany. Jego
plecy boleśnie zaprotestowały, gdy je niespodziewanie wyprostował, po godzinie
krzywego leżenia, na niewygodnym plastikowym krzesełku. Biały korytarz oślepił
jego oczy, a on skrzywił się gdy przez parę sekund nie widział praktycznie nic.
Gdy w końcu podniósł zaspany wzrok, ujrzał
dziewczynę stojącą w białym kitlu. W porównaniu do większości pielęgniarek w
tym szpitalu, ta nie mogła być wiele starsza od niego, a może nawet była w tym
samym wieku. Jasno brązowe włosy opadały jej falami na ramiona i ładnie
odcinały się od jej oliwkowej cery. Równie brązowe oczy patrzyły na niego spod czarnych
rzęs, a na jej ustach gościł delikatny, a jednak pełen rozbawienia uśmiech.
– Co… – Peter chrząknął, prostując
się na krześle. – Coś nie tak?
– Dochodzi dwunasta, wydawało mi
się, że powinnam pana obudzić – opowiedziała dziewczyna.
Peter spojrzał na zegarek. Szlag,
oczywiście, że zasnął!
– Dziękuję, czekam na pewny telefon
– powiedział, zamyślając się. Jared do tej pory nie zadzwonił, czy coś się stało?
Dziewczyna usiadła obok niego. Kitel
podwinął się jej do połowy ud, tak, że Peter mógł zobaczyć jej cieliste
rajtuzy.
– Wygląda pan na zmartwionego –
powiedziała, zakładając nogę na nogę. Peter oderwał wzrok. – To pana
dziewczyna? – spytała, patrząc wymownie, na drzwi za którymi leżała Dominica.
Peter odruchowo spojrzał w tamtą
stronę. Jeśli operacja do tego czasu się nie skończyła, jak źle musiało być z
czternastolatką? Czuł jakby coś wyślizgnęło mu się spod nóg. Coś się działo,
jak nie z Jaredem to z Dominicą.
– Przyjaciółka przyjaciela – odparł
Peter, odwracając się w stronę dziewczyny. – To pani chłopak? – zapytał,
wskazując na stojącego w pobliżu mężczyznę. Przypadek chciał, że pokazał na
bardzo starego już dziadka z siwymi włosami. Dziewczyna uśmiechnęła się,
ukazując szereg białych zębów.
– Jeśli chciał mnie pan zapytać, czy
jestem wolna, to tak – powiedziała. – Mam wrażenie, że mój chłopak dryfuje na
razie gdzieś w dalekiej przyszłości.
Peter zmarszczył brwi.
– Twoi rówieśnicy to idioci –
stwierdził jakby to było coś oczywistego.
Dziewczyna zaśmiała się.
– Emma – powiedziała, wyciągając do
niego drobną rękę.
– Peter – uśmiechnął się, przyjmując
dłoń.
– Wiem – odparła, machając jakąś
kartką. – Bez obrazy, ale wyglądasz okropnie.
– Skoro powiedziała to taka piękna
dziewczyna, to musi być prawda – powiedział bezmyślnie Peter.
Emma wywróciła oczami rozbawiona.
Miała naprawdę piękne oczy.
– Masz cienie pod oczami, jesteś
blady i brudny. Nie wspominając, oczywiście, o tej krwi na ubraniach –
ciągnęła. – Krótko mówiąc, wyglądasz okropnie. Powinieneś jechać do domu,
twojej koleżance nic się nie stanie.
Peter westchnął i przejechał ręką po
włosach, robiąc z nich jeszcze większy bałagan.
– Wiem, ale czekam na pewien telefon
– powiedział, zerkając na wyświetlacz. Nadal pusto. – W ogóle, nie powinienem
zasypiać.
Emma przypatrzyła mu się zmartwiona.
– W takim razie – zaczęła. Jej głos
znowu przybrał ten śliczny delikatny ton. – Może przyniosę ci kawy?
Peter uśmiechnął się.
– Mogę sam sobie przynieść.
– Na razie nie mam nic do roboty, a
ty wyglądasz jakbyś miał zaraz stracić przytomność. Mogę się przejść.
– To będzie wredne – przekrzywił
głowę Peter.
– Och daj spokój! Ja ci zamówię –
nagle wyszczerzyła swoje białe ząbki. – Jestem pielęgniarką, więc nie mam
największej pensji…
Peter zaśmiał się i włożył jej w
rękę pieniądze.
– Zaraz wracam – powiedziała Emma i
wstała, odchodząc w głąb korytarzu.
Peter uśmiechał się jeszcze chwilę,
patrząc na młodą pielęgniarkę. Było warto ścierpieć atak szakala i te
niewygodne krzesełka, dla takiego widoku. Chyba będzie musiał podziękować
Dominice, że dała się pogryźć.
Zupełnie w tej samej chwili, w
której zamierzał się podnieść i po raz kolejny spróbować zajrzeć do sali w
której przetrzymywali czternastolatkę, jego telefon zaczął wibrować. W prawie
pustym korytarzu rozległa się piosenka jego ulubionego zespołu, a Peter nie
spoglądając na ekran, przyłożył komórkę do ucha.
– Jared, co z tobą? – zapytał na
wstępie.
– Peter – usłyszał damski głos. –
Nie pytaj skąd mam twój numer. Tu Cassidy.
Peter zmarszczył brwi. Z jednej
strony miał ochotę zaśmiać się, a z drugiej zacząć krzyczeć i schować się pod
łóżko. W końcu pierwsze pragnienie wygrało.
– Żartujesz, nie? Bo jeśli to ty, to
szukamy cię od dłuuugiego czasu, mała, a ty masz czelność teraz do mnie dzwonić
– pokręcił z politowaniem głową, mimo że nikt go nie widział. – Masz jeszcze
okazję się wycofać.
– Nazywam się Cassidy Blake i
potrzebuję twojej pomocy – powiedziała dziewczyna.
Peter znowu roześmiał się.
– No dawaj, dawaj. Zaczęło się jak w
kiepskiej telenoweli.
– Wiem, że masz powody, żeby mi nie
wierzyć – powiedziała szybko dziewczyna. – Ale musisz mi pomóc, inaczej nigdy
więcej nie zobaczysz Jareda.
Ciało Petera nieświadomie spięło
się. Wstał i odszedł kawałek dalej.
– Zostaw go w spokoju – warknął do
telefonu.
– Właśnie do tego jesteś mi
potrzebny – powiedziała Cassidy. – Musisz go stąd zabrać. Gdziekolwiek, byle
poza miasto.
– Caduto chcą go dorwać, wiem o tym
– syknął. – A ty?
– Zrobiłam coś bardzo, bardzo złego,
Peter – odparła dziewczyna. W jej głosie pobrzmiewał autentyczny smutek,
przeplatany z niepokojem. – Musisz powstrzymać Jareda, inaczej nigdy więcej go
nie zobaczysz.
Oczy Petera zwęziły się. Przez głowę
przeleciała mu myśl, czy Emma wybaczy mu jeśli za chwilę wybiegnie ze szpitala,
jednak szybko została zduszona, przez wściekłe uczucie determinacji.
– Co zrobiłaś?