Chciałabym
poinformować, że w związku z nadchodzącymi wakacjami, przerwy między
rozdziałami mogą być lekko dłuższe. Rozdział szósty z pewnością nie pojawi się
przed 10 lipca.
Miłej
lektury! :)
Echo wściekłych przekleństw
wypełniło chatę. Cassidy żyła i to było najważniejsze. Żyła. Tylko jak długo?
Zacisnął powieki. Gdzie poszedł
właściciel tej chaty? On coś wiedział, gdzie Jared ma go teraz znaleźć? I czym
do diabła było Caduto?
Cassidy mówiła coś o wiatrakach, a
Jared dalej nie miał pojęcia o co mogło jej chodzić. Owszem, widział kilka
wiatraków pracujących dla jakiejś elektrowni, jednak to było nad morzem, innymi
słowy, wiele godzin jazdy stąd. Czy to możliwe, żeby Cassidy była aż tak
daleko?
Uderzył pięścią w stół i ponownie
złapał telefon.
– Peter, jak z wami? – spytał
dokładnie w momencie w którym jego przyjaciel odebrał.
– No, jesteśmy w szpitalu – usłyszał
znajomy głos. – Dominicą zajął się jakiś chirurg. Nie wiem, nie chcą mnie
wpuścić na salę.
– Bardzo z nią źle?
Wymowna chwila ciszy sama prosiła
się o zinterpretowanie.
– Zemdlała, gdy parkowałem pod
szpitalem – wyznał Peter. – Gdy ją zaciągnęli na salę operacyjną, chyba
otworzyła oczy, a teraz i tak jest pod środkami nasennymi, czy coś takiego.
Jared przejechał ręką po włosach.
– Powiedziałeś lekarzom o
wściekliźnie? – spytał, zamykając oczy.
Peter westchnął.
– Jared, oni mówią, że to nie
wścieklizna.
– A co innego? – zapytał szorstko. Coś gorszego – syknął w jego umyśle,
czyjś drwiący głosik.
– Czy Dominica coś ćpała?
Jared skamieniał.
– Nie. Oczywiście, że nie –
zmarszczył brwi. – Peter, co się tam u was dzieje?
– Wiem tylko tyle, co podsłuchałem,
ale pielęgniarka mówiła, że to zatrucie narkotykowe.
– Zatrucie narkotykowe? To
niemożliwe – zaprzeczył Jared, nie zastanawiając się, czy w ogóle coś takiego
istnieje. – Dominica nigdy nie miała…
– Tego też się domyśliłem – prychnął
Peter. – I nie wiem co robisz, ale ja od pół godziny siedzę na mega niewygodnym
krzesełku i miałem czas na przemyślenia – Jared skrzywił się. To znaczy, że był
tutaj już pół godziny? – Wdało się zakażenie i jestem stuprocentowo pewny, że
to przez ślinę tego szakala. Cała ta piana rozlazła się po ranie, widziałeś to
zresztą?
– Do czego zmierzasz? – spytał,
Jared podejrzliwie. – Myślisz, że szakal był po dragach?
– Sam się kłóciłeś, że nie ma w tych
lasach szakali! Zresztą ten artykuł, który mi pokazaliście z Dominicą? On mówił
o stadzie kojotów, tak? A teraz okazuje się, że to nie były kojoty tylko
szakale i następuje pytanie: Dlaczego szakale połączyły się w stado?
– I uważasz, że to były
zwierzęta-ćpuny? – zapytał sceptycznie.
– Tak! – warknął Peter. – No dobra,
może to głupio brzmi, ale wyjaśnij mi, po jakiego czorta głodne szakale miałyby
wchodzić do wypożyczalni filmów?
– Żeby obejrzeć jakąś komedie na
haju?
– Jared, do cholery! – krzyknął
chłopak. – Jesteś mądry, albo przynajmniej czasami, więc dlaczego więc
zachowujesz się jak ostatni idiota? Chcesz znaleźć Cassidy, a jednocześnie
robisz wszystko, żeby pozostawić ją samą sobie! – ryknął Peter. – Omówiliśmy
przecież, że nie znajdziesz jej ot tak w spożywczym! Jeśli chcesz ją całą i
zdrową, musisz użyć głowy, a mam wrażenie, ż to wszystko robisz tylko z łaski
dla Sabiny!
To bolało i Peter miał tego
świadomość. Oboje również wiedzieli, że Jared stara się znaleźć Cassidy z
własnej woli, jednak nikt nie zaprzeczył. Brunet spuścił głowę, mimo że i tak
nikt na niego nie patrzył.
– Dobra – powiedział w końcu,
zaciskając pięść. – Jaka jest twoja teoria?
– Ktoś zaćpał szakale, jakby to
powiedzieć po twojemu – warknął Peter, jednak jego głos nie był już tak
rozjuszony jak wcześniej. – Myślę, że ta kobieta, która została w tym ośrodku
zaatakowana, miała zginąć. Ktoś napuścił na nią to stado, które miało ją zabić.
Jest teraz w tym szpitalu i wiesz co? Nie wiem wszystkiego, ale lekarze również
wspominali coś o narkotykach.
– Ty siedziałeś na niewygodnym
krzesełku, czy robiłeś zwiady szpiegowskie?
Znał go wystarczająco długo, żeby
wiedzieć, że Peter w tym momencie szeroko się uśmiecha.
– Nudziło mi się – wyjaśnił lekko. –
No cóż, moja teoria jest taka, że ktoś podłożył w wypożyczalni płyt ten
narkotyk, którym te zwierzęta były długi czas karmione, a później mógł
obserwować jak szakale, niczym po sznurku wchodzą do ośrodka.
– To brzmi… lekko strasznie –
stwierdził Jared.
– Może. Nieważne, pogadamy jak
wrócisz. Mam po ciebie teraz jechać?
– Nie – odpowiedział szybko. – Nie
do końca wiem, gdzie jestem, ale muszę tu być. Ten facet wie coś o Cassidy.
– Jesteś idiotą.
Jared skrzywił się.
– Coraz częściej tak myślę.
Rozejrzał się bezmyślnie po chacie. To
zdecydowanie była głupota. Zacisnął palce na kuszy i znowu ją podniósł.
– Peter, jeśli masz internet w
telefonie, to zrób coś dla mnie. Dowiedz się, co to znaczy Caduto. Albo kim są
Caduto.
– Jesteś teraz sam?
– Nie wiem kiedy on wróci –
wyjaśnił, myśląc o właścicielu chaty. – Skup się, potrzebuję się
dowiedzieć czegoś o Caduto. Najlepiej jak najwięcej. A! Peter, znajdź wszystkie
wiatraki w okolicy, to bardzo ważne.
– Wiatraki? – powtórzył Peter.
– No, wiatraki – próbował wyjaśnić
Jared. – Wiesz takie kręcące…
– W sensie młyn?
Młyn. Czemu o tym wcześniej nie
pomyślał?
– Tak. Będę ci na wieki wdzięczny!
– Tylko nie myśl, że to dzięki mojej
słodkiej trosce – żachnął się Peter. – Po prostu mi się nudzi.
۞
Gdy
tylko drzwi chaty się otworzyły, Jared wycelował w nie broń.
Jednak nie tylko on jeden o tym
pomyślał i poczuł dreszcz, gdy zobaczył lufę strzelby, wycelowaną prosto w
niego.
– Odłóż kuszę, dzieciaku –
powiedział mężczyzna. – Pocisk doleci szybciej niż strzałka.
Jared chcąc nie chcąc, opuścił rękę
z kuszą.
– Gdzie pan był? – spytał na wstępie
Jared. Odpowiedź wbiegła na sofę koło niego z zawrotną prędkością, po czym
zeskoczyła na ziemię, zrobiła koło wokół nóg właściciela i zaczęła warczeć. Jared
przez chwilę był pewny, że to szakal.
– Spokój, Omega! – krzyknął
mężczyzna.
Wielki pies usiadł gwałtownie, ale
dalej wpatrywał się w Jareda z wypisaną na pysku wrogością.
– Jak zwykle szlaja się tam gdzie
nie trzeba, a później muszę jej szukać – warknął mężczyzna.
Jared spojrzał na niego.
– Wie pan gdzie jest moja kuzynka?
– Prawdopodobnie tak.
Poczuł jakby coś rozpierało go od
środka.
– Powie mi pan?
– Nie.
Jared zamrugał.
– Ale jak to?
– Nie powiem ci, gdzie przebywa
twoja kuzynka.
– Dlaczego?!
Pies zaszczekał, a mężczyzna
spojrzał na niego obojętnie i nalał sobie do kubka czegoś czerwonego z butelki.
Jared miał szczerą nadzieje, że był to sok, bo naprawdę nie miał ochoty użerać
się z pijanym myśliwym.
– Nie pozwolę tam iść głupiemu
piętnastolatkowi…
– Mam szesnaście.
– …który nie zaprzeczy nawet, że
jest głupi.
Jared poczuł przemożną ochotę
uderzenia głową w stół.
– Proszę, pan musi mi powiedzieć
gdzie ona się znajduje. Cała rodzina na nią czeka, jej rodzice rozpaczają…
– Ludzie tracą całe rodziny i sobie
z tym radzą. Oni też się w końcu pogodzą.
– Jak pan może? – warknął Jared. –
Skoro pan wie, że może pomóc, dlaczego…
– Wiem, że to bez sensu. Nie znajdziecie
jej.
– Skąd wiesz?!
– Bardzo głupi komentarz – odparł
mężczyzna, wypijając spory łyk. – Wiem i tyle.
– Jak by się pan czuł, gdyby pana
bliscy zaginęli? – spytał oskarżająco Jared.
– Pewnie skakałbym z radości –
powiedział obojętnie myśliwy. – Żona wyrzuciła mnie z mojego domu i założyła
sobie hotel, a dzieciak okradł. Mieszkam w lesie. Podziękuję za taką
rodzinę.
– Ale rodzice Cassidy się o nią
martwią! – zapewnił, nie do końca wiedząc, czemu nie udaje mu się okazać choćby
grama współczucia. – Niech mi pan pomoże!
Mężczyzna podał mu drugi kubek.
– Ta dziewczyna jest stracona, mały.
Kubek opadł na stół z głuchym
trzaskiem.
– Nie jest! – krzyknął Jared. –
Znajdę ją – warknął, czując w gardle wielką gulę.
Myśliwy tylko przesunął po nim
ponurym spojrzeniem i z krzywym uśmiechem pociągnął zdrowy łyk ze swojego
kubka. Pies zawarczał głośno.
Jared,
weź się w garść.
– Nie musi pan nic robić – zaczął
powoli. – Potrzebuję tylko kilku informacji, dalej poradzę sobie sam.
– Poraża mnie twój młodzieńczy zapał
– odparł szorstko mężczyzna. – Ale kto taki nie jest w twoim wieku? Każdy z was
myśli, że to on zostanie cudownym bohaterem, którego ludzie będą całować po
rękach. Zachowujecie się jakby świat kręcił się wokół was, ale i tak w końcu
zobaczycie jakie zasady nim żądzą.
Jared patrzył żałośnie na mężczyznę.
Zupełnie jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że porywa się z motyką na
słońce. Miał bezwartościowe szesnaście lat, a jutro powinien iść do szkoły i
uczyć się, jak pozostali szesnastolatkowie. Nie zamierzał się jednak teraz
poddać, nie zostawi Cassidy w ciemnościach.
Gdy ponownie się odezwał jego głos
był twardy i stanowczy.
– Kim jest Caduto?
Czuł jakby cały świat zwolnił na te
parę sekund. Nawet warczenie Omegi wydawało się mniej agresywne. Przez twarz
mężczyzny przebiegło wiele różnych uczuć. Przez zaskoczenie i złość do czegoś
na kształt strachu.
Myśliwy odłożył kubek na stół i
uspokoił psa. Jared uważnie przypatrywał się jego ruchom.
– Słuchaj, dzieciaku – zaczął
powoli, splatając ręce. – Nie wiem skądś się wziął, ale wiedz, że zabrałem cię
tu tylko dlatego, bo na dworze może siedzieć kilka tuzinów szakali. Jak tylko
wzejdzie słońce, dzwonisz po swojego bladego kolegę i wynosisz się stąd, jasne?
– Nie, dopóki nie dowiem się, gdzie
jest Cassidy – odparł, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
– Jej już nie ma! – warknął myśliwy.
– Ona żyje! – zaprzeczył Jared. –
Zadzwoniła do mnie, zanim pan przyszedł!
– W takim razie to pułapka!
Jared zmarszczył brwi.
– O czym pan mówi?
– Co mówiła twoja kuzynka?
Powiedziała ci o Caduto? – spytał natarczywie mężczyzna.
– Chciała żebym ją znalazł. Bała się
– powiedział cicho Jared.
– Więc kazali jej zadzwonić!
– A co pan może o tym wiedzieć?!
Pies znowu zaczął szczekać. Wyraźnie
nie był przyzwyczajony do jakichkolwiek krzyków w tej chacie.
– Omega, siad! – ryknął mężczyzna.
Po chwili spojrzał na Jareda. – A ty, myśl! Skoro miała przy sobie telefon,
czemu nie zadzwoniła wcześniej?!
– Może nie miała szansy!
– Może ktoś kazał jej do ciebie
zadzwonić!
Jared zamrugał. Czuł się w tej
chwili jak idiota. Czemu wszyscy widzieli w każdej rzeczy drugie dno, a on
błądził wszędzie, nad niczym się nie zastanawiając? To się powtarzało od kilku
dni z Peterem, Dominicą… Wyglądało na to, że był na tyle zaślepiony ideą
znalezienia Cassidy, że rzeczywiście, nie robił nic w tym kierunku.
Wziął głęboki wdech i spuścił głowę.
Myśl jak Dominica – powtarzał sobie.
– Chce pan powiedzieć – zaczął,
układając sobie wszystko po kolei. – Że ktoś, chce żebym po nią poszedł.
– Dokładnie – syknął myśliwy.
Po
co?
– Caduto ma związek z zatruciami
narkotykowymi? – spytał głosem wypranym z emocji. Gdy podniósł wzrok, napotkał
zdziwienie w szarych tęczówkach mężczyzny, który dopiero po sporej chwili
zaczął się śmiać. Jared nie dosłyszał jednak w tym śmiechu krztyny rozbawienia,
czy szczęścia.
– Oczywiście. W końcu to oni są za
wszystko odpowiedzialni.
– Dlaczego pan nie zgłosił tego na
policję?
Myśliwy uśmiechnął się z
politowaniem.
– To byłoby samobójstwo. Caduto ma
ludzi w całym kraju.
Jared przejechał palcami po ostrzu
noża myśliwskiego. Nieprzyjemne uczucie, powoli zaczęło się rozlewać po jego
klatce piersiowej.
– Zajmują się narkotykami. Znaleźli
własny sposób na kontrolowanie zwierząt, które są uzależnione od tego co im
podają – ciągnął mężczyzna.
– I Cassidy jest w tym momencie z
nimi? – zapytał Jared, siląc się na obojętność, jednak nie mógł powstrzymać
głosu od lekkiego drgania.
Mężczyzna opadł na krzesło.
– Prawdopodobnie – odparł,
zakładając ręce na piersi.
– Gdzie oni są? – spytał szybko.
Myśliwy parsknął.
– Nie wyślę tam szesnastolatka.
– Gdzie oni są? – powtórzył szorstko
Jared.
– Gdzieś, gdzie ty nigdy nie
postawisz stopy – odparł mężczyzna. – Czy ja wspominałem coś o bohaterskich
dzieciakach, wierzących dzielnie w swoją sprawę?
– W porządku – warknął, łapiąc
kusze. – Sam ich znajdę i tobie nic do tego!
Mężczyzna zerwał się, zasłaniając
sobą drzwi. Omega zaczęła szaleńczo szczekać, biegając po całym salonie.
– Odsuń się – ostrzegł Jared,
podnosząc kuszę.
Myśliwy uśmiechnął się drwiąco.
– Nawet nie wiesz jak z tego
wystrzelić.
– Założymy się?
Pies szczekał, oni stali w drzwiach,
a komórka Jareda zaczęła wibrować. Zaklął mimowolnie, odsuwając się kawałek i
przyłożył telefon do ucha.
– Co masz?
– Wierz czy nie – usłyszał głos
Petera. – Ale wszystko idealnie się łączy. Caduto to organizacja narkotykowa.
– Tak, wiem o tym – powiedział
szybko Jared. – Te afery na policji, wokół Nigela…
– Narkotyki – odpowiedział przyjaciel. –
Cóż, przynajmniej większość z nich.
Jared kiwnął głową.
– Wiesz, gdzie przebywają?
– Niestety, nie, ale – Peter zawahał
się. – Wiesz wbrew pozorom, to całkiem popularna organizacja. Pogrzebałem
trochę w sieci. Sprawdziłem stare artykuły, jakieś fora… Wychodzi na to, że
kimkolwiek są, nie ukrywają się z tym za bardzo. I mają fanów, jest wiele fanpage’ów,
stron internetowych… Szukają nowych członków.
– Nie masz pojęcia, gdzie się
spotykają czy coś takiego?
– Tego raczej się nie dowiemy, w
końcu to nielegalna organizacja.
Jared przejechał ręką po włosach, a
na końcu języka miał najgorsze przekleństwa. Dlaczego to musiało być tak
piekielnie trudne?
– Często używają zwierząt do
własnych celów – ciągnął Peter. – Wszystkie są uzależnione, dlatego dają łatwo
się sterować.
Mężczyzna stojący obok niego,
wyraźnie słyszał każde słowo i Jared zaczął żałować, że jego komórka jest tak
głośna. Myśliwy patrzył na niego w skupieniu ze zmrużonymi oczami. Postarał się
to zignorować.
– A jaki to ma wpływ na Dominicę?
– No, jakby to powiedzieć –
zastanowił się Peter. – Cokolwiek podali temu szakalowi, teraz to płynie w jej
żyłach, więc musi mieć niezły odlot.
Jared nie roześmiał się. Myśliwy
dalej stał w drzwiach, a Omega warczała na jego nogi. Za oknem było całkowicie
ciemno i mimowolnie zaczął się zastanawiać która może być godzina. Zauważył
również, że ciągle stoi na środku pokoju z naładowaną kuszą w ręce.
– Dobra. Muszę kończyć, dzięki za
wszystko.
– Czekaj! – krzyknął Peter. Nagle
jego głos stał się przygaszony i jakby bardziej poważny. – Mówiłem ci, że
Caduto szuka nowych członków, tak? Z kilku źródeł wyczytałem, że zależy im
głównie na jednym – Peter urwał na chwilę. – I to jest dla nich wyraźnie ważne,
przynajmniej na to wygląda.
Jared czekał cierpliwie, aż Peter
zacznie kontynuować. Wydawałoby się, jakby jego przyjaciel nie dokładnie umiał
ubrać to w słowa.
– Nie podają jego imienia, sami
mówią, że to jedynie pseudonim. – Usłyszał westchnięcie. – Nazywają go
Silierence.
Jared poczuł jakby ktoś go kopnął w
brzuch. Na moment wszystkie funkcje życiowe w jego organizmie zamarły, by
później ruszyć w zdwojonym tempie. Miał wrażenie, że dokładnie słyszy bicie
swojego serca.
– Jesteś pewny? – zapytał,
przeczuwając odpowiedź.
– Na sto procent. Przykro mi, stary
– odpowiedział Peter.
Jared stał oszołomiony, nie wiedząc
co powiedzieć.
Mężczyzna podszedł do niego,
przypatrując mu się uważnie.
– Co? – zapytał niepewnym głosem. –
Znasz kogoś kto nazywa się Silierence?
Jared zmarszczył brwi, jednak jego
wzrok dalej był wbity w podłogę.
– Ja nazywam się Silierence –
wyszeptał głucho.
To nie było możliwe. W końcu wiele
ludzi może mieć tak na nazwisko. Tak, tak, na pewno, przecież nie ma szans,
żeby jakiś obcy gang narkotykowy miał jakiekolwiek powiązania z nim…
Prawda?
Nieświadomie złapał się stołu. Na
nim, leżała srebrna zapalniczka, więc zacisnął ją w dłoni. Podobno takie gesty
uspokajają.
– Ty masz na imię Silierence? –
powtórzył zdezorientowany mężczyzna.
– Jared – szepnął. – Jared
Silierence.
Mężczyzna podszedł do niego jeszcze
bliżej.
– Odłóż kusze na stół – rozkazał
niskim tonem. Brzmiał jak człowiek który za chwilę się udusi. Dopiero teraz
Jared spojrzał na niego.
Na dotychczas obojętnej twarzy
myśliwego, malował się teraz niepokój. Patrzył na chłopaka jakby był
niebezpiecznym zwierzęciem, które w każdym momencie może zaatakować. Jared
posłusznie wypuścił broń z dłoni, włożył zapalniczkę do kieszeni i przeniósł wzrok na mężczyznę.
– Dobra, co…
Ostatnie co widział to jakiś
rozmazany kształt, lecący w jego stronę, zanim otoczyła go ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz