wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział 5 - Złe Imię


Chciałabym poinformować, że w związku z nadchodzącymi wakacjami, przerwy między rozdziałami mogą być lekko dłuższe. Rozdział szósty z pewnością nie pojawi się przed 10 lipca.
Miłej lektury! :)



            Echo wściekłych przekleństw wypełniło chatę. Cassidy żyła i to było najważniejsze. Żyła. Tylko jak długo?
            Zacisnął powieki. Gdzie poszedł właściciel tej chaty? On coś wiedział, gdzie Jared ma go teraz znaleźć? I czym do diabła było Caduto?
            Cassidy mówiła coś o wiatrakach, a Jared dalej nie miał pojęcia o co mogło jej chodzić. Owszem, widział kilka wiatraków pracujących dla jakiejś elektrowni, jednak to było nad morzem, innymi słowy, wiele godzin jazdy stąd. Czy to możliwe, żeby Cassidy była aż tak daleko?
            Uderzył pięścią w stół i ponownie złapał telefon.
            – Peter, jak z wami? – spytał dokładnie w momencie w którym jego przyjaciel odebrał.
            – No, jesteśmy w szpitalu – usłyszał znajomy głos. – Dominicą zajął się jakiś chirurg. Nie wiem, nie chcą mnie wpuścić na salę.
            – Bardzo z nią źle?
            Wymowna chwila ciszy sama prosiła się o zinterpretowanie.
            – Zemdlała, gdy parkowałem pod szpitalem – wyznał Peter. – Gdy ją zaciągnęli na salę operacyjną, chyba otworzyła oczy, a teraz i tak jest pod środkami nasennymi, czy coś takiego.
            Jared przejechał ręką po włosach.
            – Powiedziałeś lekarzom o wściekliźnie? – spytał, zamykając oczy.
            Peter westchnął.
            – Jared, oni mówią, że to nie wścieklizna.
            – A co innego? – zapytał szorstko. Coś gorszego – syknął w jego umyśle, czyjś drwiący głosik.
            – Czy Dominica coś ćpała?
            Jared skamieniał.
            – Nie. Oczywiście, że nie – zmarszczył brwi. – Peter, co się tam u was dzieje?
            – Wiem tylko tyle, co podsłuchałem, ale pielęgniarka mówiła, że to zatrucie narkotykowe.
            – Zatrucie narkotykowe? To niemożliwe – zaprzeczył Jared, nie zastanawiając się, czy w ogóle coś takiego istnieje. – Dominica nigdy nie miała…
            – Tego też się domyśliłem – prychnął Peter. – I nie wiem co robisz, ale ja od pół godziny siedzę na mega niewygodnym krzesełku i miałem czas na przemyślenia – Jared skrzywił się. To znaczy, że był tutaj już pół godziny? – Wdało się zakażenie i jestem stuprocentowo pewny, że to przez ślinę tego szakala. Cała ta piana rozlazła się po ranie, widziałeś to zresztą?
            – Do czego zmierzasz? – spytał, Jared podejrzliwie. – Myślisz, że szakal był po dragach?
            – Sam się kłóciłeś, że nie ma w tych lasach szakali! Zresztą ten artykuł, który mi pokazaliście z Dominicą? On mówił o stadzie kojotów, tak? A teraz okazuje się, że to nie były kojoty tylko szakale i następuje pytanie: Dlaczego szakale połączyły się w stado?
            – I uważasz, że to były zwierzęta-ćpuny? – zapytał sceptycznie.
            – Tak! – warknął Peter. – No dobra, może to głupio brzmi, ale wyjaśnij mi, po jakiego czorta głodne szakale miałyby wchodzić do wypożyczalni filmów?
            – Żeby obejrzeć jakąś komedie na haju?
            – Jared, do cholery! – krzyknął chłopak. – Jesteś mądry, albo przynajmniej czasami, więc dlaczego więc zachowujesz się jak ostatni idiota? Chcesz znaleźć Cassidy, a jednocześnie robisz wszystko, żeby pozostawić ją samą sobie! – ryknął Peter. – Omówiliśmy przecież, że nie znajdziesz jej ot tak w spożywczym! Jeśli chcesz ją całą i zdrową, musisz użyć głowy, a mam wrażenie, ż to wszystko robisz tylko z łaski dla Sabiny!
            To bolało i Peter miał tego świadomość. Oboje również wiedzieli, że Jared stara się znaleźć Cassidy z własnej woli, jednak nikt nie zaprzeczył. Brunet spuścił głowę, mimo że i tak nikt na niego nie patrzył.
            – Dobra – powiedział w końcu, zaciskając pięść. – Jaka jest twoja teoria?
            – Ktoś zaćpał szakale, jakby to powiedzieć po twojemu – warknął Peter, jednak jego głos nie był już tak rozjuszony jak wcześniej. – Myślę, że ta kobieta, która została w tym ośrodku zaatakowana, miała zginąć. Ktoś napuścił na nią to stado, które miało ją zabić. Jest teraz w tym szpitalu i wiesz co? Nie wiem wszystkiego, ale lekarze również wspominali coś o narkotykach.
            – Ty siedziałeś na niewygodnym krzesełku, czy robiłeś zwiady szpiegowskie?
            Znał go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że Peter w tym momencie szeroko się uśmiecha.
            – Nudziło mi się – wyjaśnił lekko. – No cóż, moja teoria jest taka, że ktoś podłożył w wypożyczalni płyt ten narkotyk, którym te zwierzęta były długi czas karmione, a później mógł obserwować jak szakale, niczym po sznurku wchodzą do ośrodka.
            – To brzmi… lekko strasznie – stwierdził Jared.
            – Może. Nieważne, pogadamy jak wrócisz. Mam po ciebie teraz jechać?
            – Nie – odpowiedział szybko. – Nie do końca wiem, gdzie jestem, ale muszę tu być. Ten facet wie coś o Cassidy.
            – Jesteś idiotą.
            Jared skrzywił się.
            – Coraz częściej tak myślę.
            Rozejrzał się bezmyślnie po chacie. To zdecydowanie była głupota. Zacisnął palce na kuszy i znowu ją podniósł.
            – Peter, jeśli masz internet w telefonie, to zrób coś dla mnie. Dowiedz się, co to znaczy Caduto. Albo kim są Caduto.
            – Jesteś teraz sam?
            – Nie wiem kiedy on wróci – wyjaśnił, myśląc o właścicielu chaty. – Skup się, potrzebuję się dowiedzieć czegoś o Caduto. Najlepiej jak najwięcej. A! Peter, znajdź wszystkie wiatraki w okolicy, to bardzo ważne.
            – Wiatraki? – powtórzył Peter.
            – No, wiatraki – próbował wyjaśnić Jared. – Wiesz takie kręcące…
            – W sensie młyn?
            Młyn. Czemu o tym wcześniej nie pomyślał?
            – Tak. Będę ci na wieki wdzięczny!
            – Tylko nie myśl, że to dzięki mojej słodkiej trosce – żachnął się Peter. – Po prostu mi się nudzi.

۞

Gdy tylko drzwi chaty się otworzyły, Jared wycelował w nie broń.
            Jednak nie tylko on jeden o tym pomyślał i poczuł dreszcz, gdy zobaczył lufę strzelby, wycelowaną prosto w niego.
            – Odłóż kuszę, dzieciaku – powiedział mężczyzna. – Pocisk doleci szybciej niż strzałka.
            Jared chcąc nie chcąc, opuścił rękę z kuszą.
            – Gdzie pan był? – spytał na wstępie Jared. Odpowiedź wbiegła na sofę koło niego z zawrotną prędkością, po czym zeskoczyła na ziemię, zrobiła koło wokół nóg właściciela i zaczęła warczeć. Jared przez chwilę był pewny, że to szakal.
            – Spokój, Omega! – krzyknął mężczyzna.
            Wielki pies usiadł gwałtownie, ale dalej wpatrywał się w Jareda z wypisaną na pysku wrogością.
            – Jak zwykle szlaja się tam gdzie nie trzeba, a później muszę jej szukać – warknął mężczyzna.
            Jared spojrzał na niego.
            – Wie pan gdzie jest moja kuzynka?
            – Prawdopodobnie tak.
            Poczuł jakby coś rozpierało go od środka.
            – Powie mi pan?
            – Nie.
            Jared zamrugał.
            – Ale jak to?
            – Nie powiem ci, gdzie przebywa twoja kuzynka.
            – Dlaczego?!
            Pies zaszczekał, a mężczyzna spojrzał na niego obojętnie i nalał sobie do kubka czegoś czerwonego z butelki. Jared miał szczerą nadzieje, że był to sok, bo naprawdę nie miał ochoty użerać się z pijanym myśliwym.
            – Nie pozwolę tam iść głupiemu piętnastolatkowi…
            – Mam szesnaście.
            – …który nie zaprzeczy nawet, że jest głupi.
            Jared poczuł przemożną ochotę uderzenia głową w stół.
            – Proszę, pan musi mi powiedzieć gdzie ona się znajduje. Cała rodzina na nią czeka, jej rodzice rozpaczają…
            – Ludzie tracą całe rodziny i sobie z tym radzą. Oni też się w końcu pogodzą.
            – Jak pan może? – warknął Jared. – Skoro pan wie, że może pomóc, dlaczego…
            – Wiem, że to bez sensu. Nie znajdziecie jej.
            – Skąd wiesz?!
            – Bardzo głupi komentarz – odparł mężczyzna, wypijając spory łyk. – Wiem i tyle.
            – Jak by się pan czuł, gdyby pana bliscy zaginęli? – spytał oskarżająco Jared.
            – Pewnie skakałbym z radości – powiedział obojętnie myśliwy. – Żona wyrzuciła mnie z mojego domu i założyła sobie hotel, a dzieciak okradł. Mieszkam w lesie. Podziękuję za taką rodzinę.
            – Ale rodzice Cassidy się o nią martwią! – zapewnił, nie do końca wiedząc, czemu nie udaje mu się okazać choćby grama współczucia. – Niech mi pan pomoże!
            Mężczyzna podał mu drugi kubek.
            – Ta dziewczyna jest stracona, mały.
            Kubek opadł na stół z głuchym trzaskiem.
            – Nie jest! – krzyknął Jared. – Znajdę ją – warknął, czując w gardle wielką gulę.
            Myśliwy tylko przesunął po nim ponurym spojrzeniem i z krzywym uśmiechem pociągnął zdrowy łyk ze swojego kubka. Pies zawarczał głośno.
            Jared, weź się w garść.
            – Nie musi pan nic robić – zaczął powoli. – Potrzebuję tylko kilku informacji, dalej poradzę sobie sam.
            – Poraża mnie twój młodzieńczy zapał – odparł szorstko mężczyzna. – Ale kto taki nie jest w twoim wieku? Każdy z was myśli, że to on zostanie cudownym bohaterem, którego ludzie będą całować po rękach. Zachowujecie się jakby świat kręcił się wokół was, ale i tak w końcu zobaczycie jakie zasady nim żądzą.
            Jared patrzył żałośnie na mężczyznę. Zupełnie jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że porywa się z motyką na słońce. Miał bezwartościowe szesnaście lat, a jutro powinien iść do szkoły i uczyć się, jak pozostali szesnastolatkowie. Nie zamierzał się jednak teraz poddać, nie zostawi Cassidy w ciemnościach.
            Gdy ponownie się odezwał jego głos był twardy i stanowczy.
            – Kim jest Caduto?
            Czuł jakby cały świat zwolnił na te parę sekund. Nawet warczenie Omegi wydawało się mniej agresywne. Przez twarz mężczyzny przebiegło wiele różnych uczuć. Przez zaskoczenie i złość do czegoś na kształt strachu.
            Myśliwy odłożył kubek na stół i uspokoił psa. Jared uważnie przypatrywał się jego ruchom.
            – Słuchaj, dzieciaku – zaczął powoli, splatając ręce. – Nie wiem skądś się wziął, ale wiedz, że zabrałem cię tu tylko dlatego, bo na dworze może siedzieć kilka tuzinów szakali. Jak tylko wzejdzie słońce, dzwonisz po swojego bladego kolegę i wynosisz się stąd, jasne?
            – Nie, dopóki nie dowiem się, gdzie jest Cassidy – odparł, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
            – Jej już nie ma! – warknął myśliwy.
            – Ona żyje! – zaprzeczył Jared. – Zadzwoniła do mnie, zanim pan przyszedł!
            – W takim razie to pułapka!
            Jared zmarszczył brwi.
            – O czym pan mówi?
            – Co mówiła twoja kuzynka? Powiedziała ci o Caduto? – spytał natarczywie mężczyzna.
            – Chciała żebym ją znalazł. Bała się – powiedział cicho Jared.
            – Więc kazali jej zadzwonić!
            – A co pan może o tym wiedzieć?!
            Pies znowu zaczął szczekać. Wyraźnie nie był przyzwyczajony do jakichkolwiek krzyków w tej chacie.
            – Omega, siad! – ryknął mężczyzna. Po chwili spojrzał na Jareda. – A ty, myśl! Skoro miała przy sobie telefon, czemu nie zadzwoniła wcześniej?!
            – Może nie miała szansy!
            – Może ktoś kazał jej do ciebie zadzwonić!
            Jared zamrugał. Czuł się w tej chwili jak idiota. Czemu wszyscy widzieli w każdej rzeczy drugie dno, a on błądził wszędzie, nad niczym się nie zastanawiając? To się powtarzało od kilku dni z Peterem, Dominicą… Wyglądało na to, że był na tyle zaślepiony ideą znalezienia Cassidy, że rzeczywiście, nie robił nic w tym kierunku.
            Wziął głęboki wdech i spuścił głowę. Myśl jak Dominica – powtarzał sobie.
            – Chce pan powiedzieć – zaczął, układając sobie wszystko po kolei. – Że ktoś, chce żebym po nią poszedł.
            – Dokładnie – syknął myśliwy.
            Po co?
            – Caduto ma związek z zatruciami narkotykowymi? – spytał głosem wypranym z emocji. Gdy podniósł wzrok, napotkał zdziwienie w szarych tęczówkach mężczyzny, który dopiero po sporej chwili zaczął się śmiać. Jared nie dosłyszał jednak w tym śmiechu krztyny rozbawienia, czy szczęścia.
            – Oczywiście. W końcu to oni są za wszystko odpowiedzialni.
            – Dlaczego pan nie zgłosił tego na policję?
            Myśliwy uśmiechnął się z politowaniem.
            – To byłoby samobójstwo. Caduto ma ludzi w całym kraju.
            Jared przejechał palcami po ostrzu noża myśliwskiego. Nieprzyjemne uczucie, powoli zaczęło się rozlewać po jego klatce piersiowej.
            – Zajmują się narkotykami. Znaleźli własny sposób na kontrolowanie zwierząt, które są uzależnione od tego co im podają – ciągnął mężczyzna.
            – I Cassidy jest w tym momencie z nimi? – zapytał Jared, siląc się na obojętność, jednak nie mógł powstrzymać głosu od lekkiego drgania.
            Mężczyzna opadł na krzesło.
            – Prawdopodobnie – odparł, zakładając ręce na piersi.
            – Gdzie oni są? – spytał szybko.
            Myśliwy parsknął.
            – Nie wyślę tam szesnastolatka.
            – Gdzie oni są? – powtórzył szorstko Jared.
            – Gdzieś, gdzie ty nigdy nie postawisz stopy – odparł mężczyzna. – Czy ja wspominałem coś o bohaterskich dzieciakach, wierzących dzielnie w swoją sprawę?
            – W porządku – warknął, łapiąc kusze. – Sam ich znajdę i tobie nic do tego!
            Mężczyzna zerwał się, zasłaniając sobą drzwi. Omega zaczęła szaleńczo szczekać, biegając po całym salonie.
            – Odsuń się – ostrzegł Jared, podnosząc kuszę.
            Myśliwy uśmiechnął się drwiąco.
            – Nawet nie wiesz jak z tego wystrzelić.
            – Założymy się?
            Pies szczekał, oni stali w drzwiach, a komórka Jareda zaczęła wibrować. Zaklął mimowolnie, odsuwając się kawałek i przyłożył telefon do ucha.
            – Co masz?
            – Wierz czy nie – usłyszał głos Petera. – Ale wszystko idealnie się łączy. Caduto to organizacja narkotykowa.
            – Tak, wiem o tym – powiedział szybko Jared. – Te afery na policji, wokół Nigela…
– Narkotyki – odpowiedział przyjaciel. – Cóż, przynajmniej większość z nich.
Jared kiwnął głową.
– Wiesz, gdzie przebywają?
            – Niestety, nie, ale – Peter zawahał się. – Wiesz wbrew pozorom, to całkiem popularna organizacja. Pogrzebałem trochę w sieci. Sprawdziłem stare artykuły, jakieś fora… Wychodzi na to, że kimkolwiek są, nie ukrywają się z tym za bardzo. I mają fanów, jest wiele fanpage’ów, stron internetowych… Szukają nowych członków.
            – Nie masz pojęcia, gdzie się spotykają czy coś takiego?
            – Tego raczej się nie dowiemy, w końcu to nielegalna organizacja.
            Jared przejechał ręką po włosach, a na końcu języka miał najgorsze przekleństwa. Dlaczego to musiało być tak piekielnie trudne?
            – Często używają zwierząt do własnych celów – ciągnął Peter. – Wszystkie są uzależnione, dlatego dają łatwo się sterować.
            Mężczyzna stojący obok niego, wyraźnie słyszał każde słowo i Jared zaczął żałować, że jego komórka jest tak głośna. Myśliwy patrzył na niego w skupieniu ze zmrużonymi oczami. Postarał się to zignorować.
            – A jaki to ma wpływ na Dominicę?
            – No, jakby to powiedzieć – zastanowił się Peter. – Cokolwiek podali temu szakalowi, teraz to płynie w jej żyłach, więc musi mieć niezły odlot.
            Jared nie roześmiał się. Myśliwy dalej stał w drzwiach, a Omega warczała na jego nogi. Za oknem było całkowicie ciemno i mimowolnie zaczął się zastanawiać która może być godzina. Zauważył również, że ciągle stoi na środku pokoju z naładowaną kuszą w ręce.
            – Dobra. Muszę kończyć, dzięki za wszystko.
            – Czekaj! – krzyknął Peter. Nagle jego głos stał się przygaszony i jakby bardziej poważny. – Mówiłem ci, że Caduto szuka nowych członków, tak? Z kilku źródeł wyczytałem, że zależy im głównie na jednym – Peter urwał na chwilę. – I to jest dla nich wyraźnie ważne, przynajmniej na to wygląda.
            Jared czekał cierpliwie, aż Peter zacznie kontynuować. Wydawałoby się, jakby jego przyjaciel nie dokładnie umiał ubrać to w słowa.
            – Nie podają jego imienia, sami mówią, że to jedynie pseudonim. – Usłyszał westchnięcie. – Nazywają go Silierence.
            Jared poczuł jakby ktoś go kopnął w brzuch. Na moment wszystkie funkcje życiowe w jego organizmie zamarły, by później ruszyć w zdwojonym tempie. Miał wrażenie, że dokładnie słyszy bicie swojego serca.
            – Jesteś pewny? – zapytał, przeczuwając odpowiedź.
            – Na sto procent. Przykro mi, stary – odpowiedział Peter.
            Jared stał oszołomiony, nie wiedząc co powiedzieć.
            Mężczyzna podszedł do niego, przypatrując mu się uważnie.
            – Co? – zapytał niepewnym głosem. – Znasz kogoś kto nazywa się Silierence?
            Jared zmarszczył brwi, jednak jego wzrok dalej był wbity w podłogę.
            – Ja nazywam się Silierence – wyszeptał głucho.
            To nie było możliwe. W końcu wiele ludzi może mieć tak na nazwisko. Tak, tak, na pewno, przecież nie ma szans, żeby jakiś obcy gang narkotykowy miał jakiekolwiek powiązania z nim…
            Prawda?
            Nieświadomie złapał się stołu. Na nim, leżała srebrna zapalniczka, więc zacisnął ją w dłoni. Podobno takie gesty uspokajają.
            – Ty masz na imię Silierence? – powtórzył zdezorientowany mężczyzna.
            – Jared – szepnął. – Jared Silierence.
            Mężczyzna podszedł do niego jeszcze bliżej.
            – Odłóż kusze na stół – rozkazał niskim tonem. Brzmiał jak człowiek który za chwilę się udusi. Dopiero teraz Jared spojrzał na niego.
            Na dotychczas obojętnej twarzy myśliwego, malował się teraz niepokój. Patrzył na chłopaka jakby był niebezpiecznym zwierzęciem, które w każdym momencie może zaatakować. Jared posłusznie wypuścił broń z dłoni, włożył zapalniczkę do kieszeni i przeniósł wzrok na mężczyznę.
            – Dobra, co…
            Ostatnie co widział to jakiś rozmazany kształt, lecący w jego stronę, zanim otoczyła go ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz