piątek, 30 maja 2014

Rozdział 3 - Hotel Martwych Zwierząt


Dziękuje bardzo za pozytywne komentarze, naprawdę cieszę się, że blog się podoba! Życzę spóźnione wszystkiego najlepszego dla matek i za wczesne pozdrowienia dla wszystkich dzieci. Niech wam się ziści co tam w duszy chcecie :)
A teraz zapraszam do czytania!




Za pięćdziesiąt metrów skręć w prawo.
            – Tu nie ma skrętu w prawo, ty ułomny androidzie! 
            Jared zachichotał pod nosem.
            – Nie potrafisz już sobie poradzić z głupim GPS-em? – mruknął, rozwalając się wygodnie na siedzeniu. Peter spojrzał na niego, a gdyby wzrok mógłby zabijać, Jared padłby martwy.
– I tak masz żałośnie wielkie szczęście, że masz kumpla mechanika – warknął, po raz setny blondyn.
Jared był zadowolony. Granatowy Citroën jechał gładko i bynajmniej z czterema nieprzedziurawionymi oponami. Dominica siedziała na tylnym siedzeniu i mimo że nie odzywała się zbyt wiele, nie robiła przynajmniej złośliwych uwag Peterowi. Dzień był słoneczny, śnieg topniał, a oni jechali po Cassidy. Czuł się całkiem szczęśliwy.
– Myślałem że raczej chciałbyś to przypasować do swoich zalet – uśmiechnął się, opierając głowę o szybę.
– Nie podlizuj się – syknął Peter ostrzegawczo. Jared wyszczerzył zęby w odpowiedzi. Kierowca wbił wzrok w jezdnie.
Skręć w prawo.
– Ciekawe gdzie!
– To jest ta strona przeciwległa do lewej – rzuciła Dominica. – Kto ci dał prawo jazdy? Fryzjer czy bibliotekarz? – prychnęła.
Może Jared pośpieszył się z tym nie robieniem złośliwych uwag. Powinien wiedzieć, że dziewczyna nie odpuści Peterowi nawet siedząc w jego aucie.
– Ten sam fryzjer, który pozwolił żeby takie pomarańczowe gniazdo chodziło po mieście. Błagam, w pierwszym lepszym supermarkecie znajdziesz dobry grzebień, ot cała filozofia.
Można powiedzieć, że Dominica i Peter, lekko za sobą nie przepadali. Blondyn przyjaźnił się z szesnastoletnim Jaredem, jednak ruda czternastolatka była dla niego już tylko denerwującym bachorem. Z drugiej strony na co dzień inteligentna Dominica, przy Peterze zachowywała się, jakby pozjadała wszystkie rozumy.
– Co ty wiesz o fryzjerstwie, ty tleniony szczurze?
– Na pewno więcej, niż taka obleśna wiewiórka.
Dominica poruszyła się niespokojnie.
– Nazwałeś mnie brzydką? – warknęła, rzucając mu groźne spojrzenie.
Jared wywrócił oczami i odwrócił twarz w stronę szyby. Dominica zdecydowanie zbyt łatwo dawała się wyprowadzić z równowagi.
– Mało urodziwą, owszem – odparł Peter, zerkając chłodno we wsteczne lusterko.
Dominica zachłysnęła się powietrzem.
– Odwołaj to, tępa gnido! – jej policzki zapłonęły, niemal zlewając się z kolorem włosów.
Po chwili Jared miał okazję usłyszeć mało elokwentną wiązankę przekleństw wychodzących na przemiennie z ust Petera i Dominici. Dziewczyna wyciągnęła się do przodu chcąc uderzyć blondyna, jednak ten odsunął się tak, że mogła złapać tylko jego koszulę i pociągnęła go. Peter szarpnął kierownicą, przez co samochód skręcił gwałtownie, niemal wpadając do rowu, jednak szybko powrócił na miejsce. Dominica krzyknęła.
– Co ty robisz?! – warknęła, łapiąc zagłówek kierowcy.
– Hej, młoda – powiedział Jared chwytając ją za rękę. – Uspokój się i błagam, nie zbliżaj się do osoby, która może nas zabić, jeśli się odpowiednio rozpędzi.
Peter uśmiechnął się iście po diabelsku.
Dominica wydęła wargi, ale usiadła z powrotem na tyle auta. Patrzyła na Jareda bardzo nieprzyjemnym wzrokiem,  w tym momencie wyglądała naprawdę jak obrażone dziecko.
– On też wtedy zginie – powiedziała, a jej twarz nieco złagodniała.
– Martwi mnie ten wydźwięk satysfakcji w twoim głosie – odparł Peter mrużąc oczy.
Dominica w odpowiedzi uśmiechnęła się niewinnie. Reszta podróży minęła w miarę spokojnie, Jared rozbudził się wystarczająco, żeby nie zasnąć w samochodzie. No i znaleźli w końcu skręt w prawo.
– Jesteś pewny, że chcemy wejść do domu pełnego martwych kojotów? – spytał z powątpiewaniem Peter, gdy zaparkowali pod hotelem.
Budynek znajdował się tuż obok wysokiej ściany lasu. Wykończenie dachu wyglądało na drewniane, tak samo jak ściany, podjazd i właściwie wszystko inne w okolicy. Jaredowi nieprzyjemnie kojarzyło się ze starymi domami, które w każdej chwili mogą się zawalić.
– Martwe już ci raczej nic nie zrobią – wzruszył ramionami Jared. – Przynajmniej jest jeszcze jasno.
– Właśnie – powiedział Peter, wyciągając kluczyki ze stacyjki. – Dlatego idziemy tam, zanim się ściemni.
Droga do hotelu była wyściełana kawałkami kory i trocinami, co nadawało wszystkiemu bardzo leśnego wizerunku. Dominica szła blisko Jareda, wyraźnie nie chcąc jakkolwiek integrować się z Peterem. Po chwili Jared zobaczył szyld z napisem „Rossemburg” i namalowanym czarną farbą symbolem, który widział już na medalionie. Pod spodem wisiała wielka zwierzęca czaszka.
Cichy niepokój zrodził się gdzieś w tyle głowy Jareda. Przyjechał tu z myślą, że wrócą razem z Cassidy. Tylko czy istniała szansa, że policja nie sprawdziła tego hotelu? Nawet jeśli, to oznaczałoby że Cassidy nie została porwana i cały czas przebywała tutaj. Czyli nie chciała wrócić, mimo tych wszystkich wiadomości wysyłanych przez media.
Z mieszanymi uczuciami przeszedł przez próg i znalazł się w pomieszczeniu które widział na zdjęciu. Uderzył w niego nieprzyjemny zapach stęchlizny i wilgoci. Naprzeciwko nich stało biurko robiące za recepcję, a jego kolor zlewał się z wyłożoną panelami podłogą. W kącie, naprzeciwko biurka, leżał zielony dywan, a na nim stał jakiś stolik i parę krzeseł, po których ktoś porozrzucał ulotki. Z boku były widoczne, również drewniane schody, prowadzące pewnie do pokoi.
Na każdej ścianie wisiało trofeum. Dosłownie. Dokładnie przed nimi mógł zobaczyć trzy spore głowy kojotów, a pod nimi jakąś złotą tabliczkę. Po ich lewej stronie wisiały dwa niemal identyczne trofea, po prawej mogli podziwiać wypchaną głowę i czaszkę kojota.
Stara recepcjonistka podniosła na nich wzrok, a Jared poczuł jak po jego plecach przebiega dreszcz. Kobieta miała srogie, świdrujące spojrzenie, spotęgowane dodatkowo przez srebrne oprawki, które trzymały jej się na nosie. Jej pomarszczona twarz wykrzywiła się w grymasie, który prawdopodobnie miał być uśmiechem, jednak Jared nie mógł dojrzeć w nim grama serdeczności. Bardziej chłodny wymóg, z jakim radziły sobie stewardesy.
Recepcjonistka rzuciła im oceniające spojrzenie, a Jared mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądają. Peter z brudnymi od jakiejś samochodowej mazi rękami i takimi samymi wytartymi dżinsami, stał arogancko opierając się o framugę. Dominica z mocno zakręconymi rudymi włosami, skupiała się właśnie na czaszce kojota i zafascynowana chciała zrobić jej zdjęcie. On sam stał na środku i gapił się na recepcjonistkę.
Czym prędzej wyciągnął ręce z kieszeni. Cóż, pierwsze wrażenie lekko im nie wyszło.
– Dzień dobry – zaczął uprzejmie, podchodząc do biurka. Kobieta gryzła długopis, obserwując go obojętnie. Szare, rzadkie włosy opadały jej na twarz. – Jakiś czas temu zaginęła dziewczyna. Bardzo prawdopodobne, że się tu zatrzymała.
Recepcjonistka nie zareagowała. Właściwie to nie dała żadnego znaku, mówiącego o tym, że go usłyszała, a Jared nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że spała z otwartymi oczami.
– Nazywa się Cassidy Blake – kontynuował. – Blondynka, piętnaście lat…
– Nie udzielamy  informacji na temat naszych klientów – odezwała się ochrypłym głosem kobieta.
Jared przeniósł wzrok na Petera, jednak ten nie odwzajemnił spojrzenia. Wpatrywał się w kobietę, a jego wyraz twarzy świadczył o czymś, co mogło być mieszanką obrzydzenia jak i pogardy.
– Oczywiście, rozumiem to – powiedział Jared, z powrotem koncentrując się na kobiecie. – Chcieliśmy tylko zapytać, czy taka osoba w ogóle tutaj przebywa…
– Jak wam tak zależy to sami sobie sprawdźcie – odparła recepcjonistka. Gdy mówiła, jednocześnie gryząc długopis, strużka śliny pociekła jej po brodzie. Jared ledwo powstrzymał się od skrzywienia, choć w jego gardle narastał odruch wymiotny. W pomieszczeniu śmierdzącym stęchlizną, było to dwa razy bardziej obrzydliwe.
– Dziękuję – powiedział, odwracając wzrok i pociągnął Petera za ramię, w stronę schodów. Nie zdążyli wejść na pierwszy stopień, kiedy kobieta krzyknęła za nimi.
– Gdzie? Wynocha! – zawołała swoim skrzekliwym głosem. – Wstęp tylko dla noclegowiczów!
– Zaraz stąd pójdziemy – odezwała się Dominica.
– To wbrew regulaminowi. Zawołam ochronę!
– Przed chwilą kazałaś nam samym sprawdzić – warknął Peter, wywracając oczami.
– Ta dziewczyna zaginęła – zaczął Jared. – Istnieje szansa, że się tu zatrzymała. Proszę, my tylko…
– Wstęp udostępniamy tylko naszym klientom – prychnęła kobieta.
– To zajmie tylko chwilę – uśmiechnął się Jared, mając nadzieję, że ją to choć trochę złagodzi.
Kobieta podniosła się z krzesła i założyła ręce na piersi.
– Wstęp tylko dla noclegowiczów – wysyczała przez zęby.
– Za chwilę pójdziemy i nigdy więcej nas pani nie zobaczy! – krzyknęła Dominica. Jared położył jej rękę, na ramieniu, ale szybko ją strąciła. – Chcemy tylko sprawdzić!
– Nie podnoś na mnie głosu, głupie dziecko! – odparła szorstko kobieta. Długopis wypadł jej z ust. – Wynoście się stąd! Wstęp tylko dla noclegowiczów!
– Jared, dlaczego nie możemy po prostu tam wejść? – spytał Peter, unosząc brew.
– Ani mi się waż! – krzyknęła kobieta i nacisnęła coś pod stołem. – Tylko noclegowicze!
– Jesteś pewna? – Peter posłał jej drwiący uśmiech. – No to patrz.
Zaczął wspinać się po schodach, beztrosko odwracając się do recepcjonistki.
– Peter! – warknął Jared.
– Cassidy! – zawołał chłopak, stojąc na półpiętrze. Kobieta była cała czerwona ze złości. – Chodź tu, bo jakaś tępa baba nie chce nas tam wpuścić!
– Wstęp udostępniamy jedynie noclegowiczom! – wydarła się kobieta.
– Co się tu dzieje?
Potężny mężczyzna pojawił się w drzwiach, kawałek za recepcją. Kilka czarnych włosów zdobiło jego prawie łysą głowę, a ubrany był w ciuchy podkreślające tylko, że nie warto z nim zadzierać. Tak jak kobieta siedząca obok, nie był najmłodszy jednak na pewno nie był najsłabszy. Spojrzał na Jareda i Dominicę, po czym przeniósł zdenerwowany wzrok na Petera.
– Hej, dzieciaku! – krzyknął, wskazując na chłopaka. – Nie wiem, czy jesteś głuchy, czy po prostu głupi, ale złaź stamtąd!
– Dopóki nie znajdziemy koleżanki, dzięki, ale zostanę – warknął Peter.
Jared poczuł jak coś mu się przewraca w żołądku. Wiedział kiedy jego przyjaciel używa tego tonu i mógł podejrzewać co się może zaraz stać. Tym bardziej, że widział jak ręce Petera spięły się, przygotowując na ewentualny atak.
– Wynocha! – warknął, pokazując drzwi.
Peter w odpowiedzi uśmiechnął się ironicznie.
– Zepchnę cię z tych schodów jeśli będę musiał – ostrzegł mężczyzna.
– Śmiało.
Serce Jareda zamarło, gdy rosły facet zacisnął pięści i zrobił krok w ich stronę. Nie namyślając się długo, on sam podszedł bliżej.
– Chcemy wynająć pokój! Jeden nocleg!  – krzyknął w stronę recepcjonistki. Peter zmarszczył brwi.
– Jared…
– Chodź tu! – warknął chłopak, przeszukując kieszenie.
Mężczyzna patrzył chwilę na nich dziwnym wzrokiem, jednak odsunął się na bok i założył ręce na piersi. Jared podejrzewał, że zamierza tu na wszelki wypadek zostać.
– Co ty robisz? – szepnął Peter.
– Co ty robisz? – syknął Jared. – Dla twojej wiadomości tylko ty tutaj potrafisz prowadzić samochód, a powrót do domu może być mega trudny, jeśli ty będziesz leżał w szpitalu!
Peter prychnął.
– Bez przesady, miej trochę wiary we mnie.
– Racja. Martwi również nie mogą prowadzić. A teraz – westchnął Jared, ignorując ponure spojrzenie. – Mam tylko piętnaście dolców.
Peter wyglądał przez chwilę, jakby rozważał, czy udusić go gołymi rękami, czy zabić go jakoś boleśniej. W końcu wyciągnął portfel.
– Za jakie grzechy? – szepnął, przeliczając pieniądze. – Co ja takiego złego zrobiłem, że musiałem cię spotkać na swojej drodze?
Jared uśmiechnął się przepraszająco i ruszył w stronę recepcjonistki.
– Ciebie też to czeka – warknął Peter w stronę Dominici. – Poczekaj aż zaczniesz zarabiać i będziesz mieć własne auto.
Jared podał pieniądze kobiecie, która już spisywała ich nazwiska. Zerknął na wielki dziennik w którym zapisani byli goście i dojrzał znajome nazwisko.
Zmrużył oczy.
– Ona dalej tu jest? Tutaj, w tym hotelu?
Kobieta zakryła ręką listę i spojrzała na Jareda. Na jej usta wkradł się obrzydliwy, drwiący uśmiech, przez co jej pomarszczona twarz wykrzywiła się jeszcze bardziej.
– Wstęp tylko dla noclegowiczów – powiedziała, a jej słowa opływały drwiną i satysfakcją. Schowała pieniądze i skinęła dłonią w stronę schodów – Proszę się rozgościć.

۞

Jared zacisnął pięści, bezradnie siedząc na łóżku. Właśnie to wypełniało go od środka – gniew i bezradność. Razem z Peterem i Dominicą spędzili prawie pół godziny na przeszukiwaniu hotelu, by w końcu dowiedzieć się, że są jedynymi gośćmi w całym budynku.
            Cała radość, ekscytacja, pewność, że wróci z Cassidy do domu, zgasła w jednym momencie jak świeca. Ich ostatnia teoria przepadła, nie mieli pojęcia gdzie dziewczyna się znajduje. Sabina i Chris są skazani na tęsknotę, a on będzie się już zawsze czuł jak przegrany.
            Bo nie udało mu się jej znaleźć. To aż śmieszne, przecież całkiem niedawno był zły na Cassidy za to że uciekła, życzył jej jak najgorzej, ponieważ ona „zniszczyła mu ferie”. A później obrał sobie za cel znalezienie jej, tylko po to, żeby utrzeć nosa Sabinie i policji. Jak naiwny musiał być, żeby tak pomyśleć?
            A jednak, gdy znaleźli medalion, Jared naprawdę zaczął wierzyć, że znowu zobaczy kuzynkę. I że to on ją znajdzie, ponieważ znalazł coś o czym nie wiedziała policja.
            I okazało się, że to ślepy zaułek. Głupia nadzieja, jak zawsze.
            – Była tu – powiedział szeptem, zaciskając powieki. – Widziałem jej imię na liście.
            Peter, oparty o ścianę z założonymi rękami, nie odzywał się za wiele. Wyglądał jakby i on był zawiedziony, mimo że nawet nie znał Cassidy. Bądź co bądź, jego najlepszy przyjaciel chciał ją odnaleźć, więc automatycznie to również stało się jego celem.
            – Powinniśmy o tym komuś powiedzieć? – spytał cicho Peter.
            Jared wbił wzrok w swoje dłonie.
            – Nie – odparł. – To i tak już bez sensu, nie ma co robić nadziei jej rodzicom.
            Po drugiej stronie pokoju, w pomarańczowym fotelu, siedziała Dominica. Jej kolor włosów zlewał się z fotelem, co w innych okolicznościach mogłoby być zabawne. Ze zmarszczonymi brwiami, wpatrywała się w ekran telefonu Jareda, który cudem miał tutaj Internet. Co jakiś czas rzucała zamyślone spojrzenia w stronę kojotów wiszących na ścianach. I tak wszyscy się dziwili, kto może spokojnie zasnąć w pomieszczeniu wypełnionym martwymi głowami zwierząt.
            Jared czuł się zmęczony, za to wyraz twarzy Dominici cały czas wyglądał jakby dziewczyna w kółko myślała „Co poszło nie tak?”. Jared miał nadzieję, że nie zostanie jej taki zmarszczony wyraz twarzy do końca życia, bo niechybnie zaczęłaby przypominać recepcjonistkę tego hotelu.
            Gdy Jared westchnął, mając zamiar oznajmić, że czas się zbierać, Dominica wstała gwałtownie i podbiegła do niego.
            – To nie są kojoty! – wykrzyknęła, wpychając się obok Jareda. W rękach trzymała jego telefon, a na nim wyświetlała się strona poświęcona zdjęciom drapieżników, które ich zewsząd otaczały. – To szakale!
            Peter prychnął, Jared tylko wywrócił oczami.
            – Niemożliwe. Szakale nie żyją w naszym klimacie.
            – Patrz tylko! – warknęła Dominica. – Kojot i szakal to dwa różne zwierzęta!
            Peter zerknął na zdjęcia.
            – Ja tu widzę jedynie coś co nie jest ani lisem, ani psem – stwierdził rezolutnie.
            Dominica szarpnęła telefonem w swoją stronę.
            – Nikt cię nie pytał o zdanie, ignorancie! Każde z tych zwierząt – powiedziała wskazując na zawieszone trofea. – To szakal!
            – Dominica… – zaczął błagalnym głosem Jared.
            – Zamknij się! Patrz! – krzyknęła dziewczyna, podbiegając do pobliskiej głowy drapieżnika. Jared jęknął. W jej oczach na powrót pojawiły się te irytujące blaski, świadczące o podekscytowaniu dziewczyny. Zawsze ekscytowała się, w takich momentach.
            – Widzisz ten pas odchodzący z jego głowy? – spytała, przejeżdżając palcami po zwierzęciu. – Jestem pewna, że to szakal pręgowany! Gdybyśmy mogli go zobaczyć w całości…
            – W naszym kraju nie ma szakali – powiedział spokojnie Jared.
            – Najwyraźniej są! – krzyknęła Dominica. – Pomyśl! Każde zwierzę można przewieść z jednego w miejsca w drugie! Niektórzy myśliwi przywożą własne ptaki na miejsce polowań. Czemu ktoś nie mógłby zrobić tego z szakalami?
            – Pokazywałaś tę stronę internetową, na której było napisane, że to kojoty napadły ośrodek – nie ustąpił Jared.
            – Szakala i kojota bardzo łatwo można pomylić! Kojoty są z rodziny psowatych, więc są automatycznie większe i bardziej przypominają psa. Szakal dużo bardziej przypomina lisa, jego głowa jest mała i ma mocno wyciągnięty ryjek…
            Jared potarł skronie.
            – To bez sensu, Dominica.
            Dziewczyna zrobiła się czerwona, a jej małe dłonie zacisnęły się w pięści.
            – To ma całkowity sens, a wy jesteście ślepymi idiotami! Nie zobaczylibyście rozwiązania zagadki, nawet gdyby ktoś wam ją wepchnął do nosa! – wykrzyczała Dominica. – Jestem absolutnie pewna, że to są szakale!
            – Szakali nie ma…
            – Dobra, w porządku! – krzyknął Peter. – Nawet jeśli to nie są kojoty, to co nam to da? Cassidy jak nie było, tak nie ma, a my się głowimy nad chorym hobby jakiegoś tandetnego hotelu!
            Dominica patrzyła na niego, tym razem bez złości. Jared opadł na łóżko, wpatrując się w sufit i czuł się w tym momencie czymś bardziej, niż bezużytecznym. Kojoty, wilki, szakale, psy, lisy, wilkołaki… Walić ich wszystkich. Cassidy jak nie było, tak nie ma.
            – Nie zastanawia was skąd tu się wzięło tyle pustynnych zwierząt? – spytała, ochryple Dominica. – Bo na moje oko, są ich tu tuziny, jak nie setki!
            – Mnie zastanawia, co my jeszcze robimy w jednym budynku z ludźmi, którzy mają broń i ewidentnie nas nie lubią – syknął Peter. – Zmywajmy się stąd – zaproponował.
            Peter był dziwnym człowiekiem. Swoimi wypowiedziami często sprawiał wrażenie, jakby się bał całego świata, a jednocześnie to zawsze on był pierwszy do jatki. Najlepiej z wielkimi i umięśnionymi bardziej od niego ludźmi, z dużą pewnością siebie. Jakim cudem on jeszcze żył?
            – Skoro się boisz to idź – prychnęła Dominica. Tej z kolei nic nie mogło przestraszyć, jednak gdy przychodziło co do czego, trzęsąc się biegła do Jareda.
            – Proszę bardzo. Wracaj do domu z buta.

۞

– Stójcie! – krzyknęła Dominica, zanim wsiedli do samochodu. Pociągnęła Jareda za ramię. – Wypchany szakal! Chodź!
            Pomimo słonecznych dni, wciąż trwała zima, więc noce były nieprzyzwoicie długie. Gdy wyszli z hotelu już zmierzchało, co oczywiście nikomu się nie spodobało. Peter z uśmiechem na twarzy szedł w stronę citroëna. Teraz jednak odwrócił się z jękiem, patrząc na dziewczynę.
            – Chodź! Pokażę ci, że to nie kojot!
            Rzeczywiście. Parę metrów przed nimi, stało wypchane coś podobne do lisa. Jared podejrzewał, że jego łapy są przykręcone prętami do ziemi, a całość usztywniona. Musiał przyznać, że taki podobał mu się o wiele bardziej niż ucięta głowa.
            – No chodź! – krzyknęła Dominica.
            Jared zmarszczył brwi i spojrzał na Petera.
            – Pamiętasz, żeby to tutaj wcześniej stało?
            Peter podążył za jego spojrzeniem.
            – Raczej nie – powiedział obserwując zwierzę. Jared przyjrzał się kojotowi i w jednej chwili stanęło mu serce.
            – To się ruszyło? – zapytał zdezorientowany Peter.
            – Dominica! Wracaj! – krzyknął Jared i rzucił się biegiem w stronę dziewczyny.
            Jednak zrobił to za późno i w momencie kiedy dziewczyna odwróciła się w jego stronę, podobne do lisa zwierzę skoczyło z warkotem w jej stronę.

piątek, 23 maja 2014

Rozdział 2 - Pierwszy Ślad



– Nie do końca rozumiem czemu w ogóle się z tobą zadaję – odezwał się w końcu blondyn.
            Jared zignorował go, nie przestając kopać. Peter siedział na wilgotnej ziemi, obserwując go sceptycznie.
            – Masz tą świadomość, że jesteś idiotą?
            Jared tylko wzruszył ramionami, więc Peterowi nie zostało nic innego jak przypatrywanie się, kiedy jego przyjaciel szamotał się z łopatą w małym dołku. Znajdowali się właśnie nad Cichym Jeziorem, jak mówiła tabliczka stojąca parę metrów dalej. Jezioro znajdowało się w środku lasu, przez co mało kto o nim wiedział. Było dosyć zapuszczone, wszędzie rosła wysoka trawa, albo inne krzewy. Jared i Peter znaleźli kawałek ziemi zasypanej piaskiem, pewnie imitującym plaże. Jared rozkopał prawie cały ten obszar.
            – Z chęcią popatrzyłbym jak brudzisz sobie ręce – mruknął Peter. – ale wiesz, jest noc. Ciemna noc. A wiesz co się dzieje w lesie, gdy jest taka ciemna noc?
            Jared wywrócił oczami, musiał przyznać, że nie była to najlepsza pora na wycieczkę. Jedynym źródłem światła był latarka, którą trzymał właśnie Peter.
            – Otóż oświecę cię – kontynuował chłopak. – Wychodzą zwierzęta. A wiesz po co? Żeby polować. Bo są głodne – Peter oparł podbródek na dłoni. – Tak się składa, że nie lubię być zjadany.
            Jared westchnął, wbijając łopatę w ziemię.
            – W tej okolicy nie ma niebezpiecznych zwierząt – powiedział Jared.
            – A więc miałem rację! Jesteś idiotą! – krzyknął z satysfakcją Peter, wyrywając dłonie do góry, przez co Jared przez chwilę pogrążył się w ciemności. – Kretynie, nawet chomik może być niebezpieczny jak jest głodny!
            – Rzeczywiście. Przecież chomiki mają takie ostre zęby – odparł sarkastycznie Jared.
            – Śmiej się dalej, jak jakiś wilk nagle tu przyjdzie, to zaklepuję taktykę ratuj się kto może! Nie wrócę nawet, żeby zebrać twoje szczątki.
            – Zamkniesz się w końcu?
            – A nie racja. Nawet szczątki nie zostaną.
            Jared rzucił w niego garścią ziemi.
            – Działasz mi na nerwy, może lepiej ruszyłbyś swoje tyły i mi pomógł, co?
            – Wygodnie mi tu – niewinny uśmieszek wdarł się na usta Petera. – Czego ty w ogóle szukasz?
            – Jak byłem mały, przychodziłem tu z Cassidy – odpowiedział Jared.
            Peter przestał jeździć palcem po piasku i spojrzał na niego.
            – I? – zapytał po chwili ciszy.
            – Co i?
            – Czekałem na jakąś kontynuację – prychnął Peter. – Przychodziłeś tu z Cassidy i co?
            Jared znieruchomiał na chwilę i popatrzył na przyjaciela.
            – Jeszcze nie wiem.
            Peter jęknął i opadł plecami na trawę w geście poddania. Było to niczym jedno wielkie załamanie rąk.
            – Super. Naprawdę, uwielbiam być w ciemnych, opuszczonych lasach dla samej rozrywki – mruczał Peter. – Zamieszkałbym tu, gdybym mógł.
            – Boisz się? – uśmiechnął się drwiąco Jared.
            – Tak, matole! – warknął Peter. – Boję się, okej? Między innymi dlatego, że prawie tydzień temu zaginęła dziewczyna i nikt nie wie czemu! Nie wiadomo czy zemdlała pod mostem, czy zaatakowało ją dzikie zwierzę, czy zamordował ją brzydki psychopata z piłą mechaniczną! – chłopak zacisnął pięści. – Nie lubię ciemnych lasów.
            Jared patrzył tępo na Petera. Po chwili ten poderwał gwałtownie głowę.
            – Sorry, nie powinienem tego mówić – odezwał się cicho.
            Jared otrząsnął się z mocnym wzdrygnięciem. Oblizał suche wargi.
            – Nie, spoko – powrócił do kopania.
            – Przepraszam – kontynuował Peter.
            – Nie ma sprawy – powtórzył Jared. – Po prostu… Mylisz się, okej? Cassidy gdzieś tam jest i ją znajdziemy. Znajdę ją – uściślił Jared. – Nie ważne jak długo mi to zajmie, ale po prostu czuję, że ją znajdę.
            Peter kiwnął głową.
            – Masz już jakiś trop?
            Jared ponownie przerwał kopanie i rzucił mu telefon.
            – Wejdź w galerie – polecił Peterowi. – Nie wiem kim on jest, ale pytał o Cassidy dwudziestego stycznia.
            Peter przyglądał się mężczyźnie na zdjęciu z uwagą. Zmarszczył brwi i przybliżył jego twarz.
            – Co? – spytał Jared. – Znasz go?
            Peter kiwnął niemrawo głową.
            – Był w mojej szkole. Dwa lata starszy ode mnie.
            – Jak się nazywa?
            Chłopak wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od zdjęcia.
            – Chyba Gregory Nigel, albo coś koło tego, ale… – Peter skrzywił się i spojrzał na Jareda. – Stary, jeśli on jest jakkolwiek związany z Cassidy, to musimy ją jak najszybciej znaleźć.
            Jared poczuł jakby coś ciężkiego opadło mu na dno żołądka.
            – Co masz na myśli?
            Peter oddał mu telefon.
            – Primo, ten koleś mieszka teraz w Norwegii i jak mam być szczery, nie mam pojęcia co tutaj teraz robi. Secundo, nie jest typem człowieka, którego zostawiłbyś z piętnastolatką. – Peter przełknął ślinę. – Pamiętam, że dopóki był w mieście, miało miejsce strasznie dużo afer na policji. Na pewno coś pamiętasz, najwyżej nie zwróciłeś uwagi.
            Jared zacisnął zęby i poczuł jak krew przyśpiesza mu w żyłach. Rzucił łopatą            o ziemię. Jeśli Gregory Nigel pytał o Cassidy, jak duże były szanse, że chodziło tylko o wysłanie kwiatów?
            – Hej – przywołał go Peter. – Dostawał ostrzeżenia. Równie dobrze może być teraz zwyczajnym facetem, jak i… ­– urwał nie mogąc znaleźć słowa.
            – Brzydkim psychopatą z piłą mechaniczną? – podsunął Jared.
            – Brzydkim psychopatą z piłą mechaniczną – potwierdził Peter. – O Boże, mamy przerąbane, nie?
            – Totalnie przerąbane – powtórzył głucho Jared. – Ale i tak nie mamy nawet połowy kłopotów jakie może mieć Cassidy.
            Oboje milczeli przez chwilę, zanim Peter przerwał ciszę.
            – To powiesz mi w końcu, po co tu przyszliśmy? Wierzę, że nie chodzi tu tylko o twoje skłonności samobójcze.
            Jared wywrócił oczami.
            – Widzisz to? – złapał łopatę i z łatwością wbił ją w ziemię. – Powinna tu być twarda, uklepana glina. To znaczy, że nie dawno ktoś tu grzebał.
            Peter uniósł brwi, patrząc na chłopaka.
            – Po co?
            Jared zaczął rękami odgarniać ziemię, którą wcześniej wykopał. Peter rzucił mu sceptyczne spojrzenie, jednak po chwili z dołu wyłoniła się średniej wielkości skrzynka.
            – Lubisz się bawić w piratów?
            Jared uśmiechnął się.
            – Kiedyś lubiłem – odparł, ustawiając skrzynie obok Petera. – Gdy byłem mały, przychodziłem tu z Cassidy. Planowaliśmy zrobić z tego nasze tajne miejsce, więc zakopywaliśmy tutaj różne drobiazgi. Muszelki, liście, rozumiesz o co mi chodzi?
            Peter kiwnął głową, jednak jego odpowiedź była z tym całkowicie sprzeczna.
            – Ani trochę – powiedział luźnym tonem. – W przeciwieństwie do niektórych, ja nie szlajałem się w dzieciństwie po ciemnym, niebezpiecznym lesie, w którym nawiasem mówiąc, właśnie jesteśmy.
            – Okres masz czy co? – warknął Jared. – Jesteś dzisiaj denerwująco opryskliwy.
            – Wspomniałem już, że nie lubię ciemnych lasów?
            Jared westchnął zirytowany. Nie czekając dłużej otworzył skrzynie, a Peter mimowolnie zajrzał do niej zaciekawiony, świecąc latarką.
            Jak można było się spodziewać, w środku znajdowało się sporo mokrej ziemi, jednak z poza jej grudek, widoczne było kilka drobiazgów, o których mówił Jared. Połamane muszle, kilka ptasich piór, błyszczące kamienie i wiele innych rzeczy które małym dzieciom wydawały się cenne.
            A jednak jedna rzecz była nowa, a Jaredowi zalśniły się oczy.
            – Wiedziałem – syknął do siebie. Wyciągnął ze skrzyni spory wisiorek, chociaż dzięki rozmiarom mógł spokojnie zostać nazwany medalionem. Najdziwniejsze było to, że został wykonany, prawie w całości z drewna. Srebrna nić łączyła ze sobą brązowe kuleczki, a całość kończyła się na ładnie wykończonym medaliku. Z jednej strony, na drewnianym kółku, była umocowana mała, szklana klepsydra z jakimś szarym pyłem. Na drugiej mógł zobaczyć jakiś dziwny, symetrycznie złożony wzór.
            – Nie jest twój, prawda? – domyślił się Peter.
            – Musiała go tu zostawić – powiedział Jared. W jednej chwili jego podekscytowanie opadło. – Ciotka Sabina twierdzi, że Cassidy mówiła coś o mnie, zanim zniknęła, ale nie mam pojęcia co.
            Peter wziął do ręki medalion.
            – To popiół – stwierdził po chwili. – Ten szary proszek w klepsydrze. A poznajesz ten symbol?
            Pokręcił głową.
            – I tak prawie nic nie widzę. – powiedział Jared, przecierając oczy. Światło dochodzące z latarki było naprawdę beznadziejne. – Tylko nie mów, że bateria pada, bo zejdę na zawał.
            Peter uderzył dłonią w latarkę, jednak nic to nie dało.
            – Jest już stara – wzruszył ramionami. – Zmywajmy się, bo może długo nie wytrzymać.
            Jared skinął głową i przez parę kolejnych minut zakopywali skrzynie, z powrotem pod ziemię.
            Później spojrzał znowu na medalion. To było dziwne – w ciągu ostatnich paru lat, on i Cassidy bardzo się od siebie oddalili, a mimo to dziewczyna nie zapomniała o ich małym podziemnym skarbcu. Było to lekko pocieszające. Tylko czemu naszyjnik? Mogła zostawić jakąś notatkę. Informację czemu uciekła i jak ją odnaleźć. A ona dała mu mały medalion.
            Tak czy siak, cicha nadzieja zakiełkowała w głowie Jareda. Uniósł kącik ust i razem z tym krzywym uśmiechem, utwierdziła się w nim pewność, że ją znajdzie.


۞

            Jared leżał leniwie na łóżku, w pokoju przyjaciółki – Dominici. Wsłuchiwał się w delikatne stukanie klawiatury, dochodzące z drugiego końca pomieszczenia. Dochodziła dopiero trzecia, a jemu już brakowało chęci do życia, za co przeklinał się w myślach. Miał wrażenie, że ledwo doczołgał się do domu Dominici. O Peterze postanowił na razie zapomnieć, wiedział, że nie jest w dobrym humorze. Wczoraj w nocy, gdy zamierzali wracać do domu, spotkała ich dosyć nieprzyjemna niespodzianka w efekcie której, musieli zadzwonić na pomoc drogową. Peter bynajmniej nie był zadowolony.
            – Co jest?! – warknął chłopak, gdy doszli do granatowego citroëna, zaparkowanego przy skraju lasu. Uklęknął gwałtownie przy samochodzie.
            Jared otworzył usta, jednak szybko je zamknął w zamian marszcząc brwi. Dobiegł do przyjaciela.
            – Kto to zrobił?! – zdenerwował się Peter.
            Jared przejechał palcami po kole.
            Opona citroëna była rozdarta w kilku miejscach.
            – To są chyba jakieś żarty! – krzyknął chłopak.
            Jared przysłuchiwał się klnącemu przyjacielowi, jednocześnie sprawdzając drugie koło. Ono też wyglądało podobnie, tak samo jak pozostałe dwa. Wszystkie były rozcięte tak mocno, że z daleka można było zobaczyć długie, poszarpane dziury. Jared i bez wiedzy motoryzacyjnej Petera, wiedział, że samochód już nie pojedzie.
            – Przejechaliśmy po czymś? – zapytał Jared.
            Peter kopnął rozdartą oponę.
            – Moglibyśmy przejechać po gwoździach, a i tak nie zostawiłoby to takich śladów – warknął. – Czemu wszyscy tak nienawidzą mojego auta?! – krzyknął, wspominając rysę na masce.
            – Myślisz, że ktoś to zrobił specjalnie? – spojrzał na niego Jared.
            – Na pewno – prychnął Peter. – Często psują psują opony, a pół metra dalej oferują pomoc. Oczywiście za drobną opłatą – chłopak był wściekły. – Szukaj teraz jakiegoś tępego cygana, bo nie mam komu zlać tyłka!
            – Nie masz nic zapasowego w bagażniku?
            – Na jednym kole nie pojedzie – warknął Peter.
            Jared poczuł jakby coś opadło mu na dno żołądka. Obrócił się w stronę lasu, z niepokojem oglądając drzewa.
            – Jared? – usłyszał nad uchem dziewczęcy głos.
            Uniósł głowę spoglądając na Dominicę. Ruda czternastolatka wpatrywała się w monitor, delikatnie obrócona w jego stronę.
            – Hm? – zdołał wymruczeć Jared. Stawy zatrzeszczały mu złowrogo, gdy wstawał. Zdziwiony, zastanowił się jak długo leżał w bezruchu i jak niewiele brakowało żeby zasnął.
            Mimo że Dominica była dziewczyną (a bycie dziewczyną zobowiązywało do porządku, nie?) jej pokój przypominał armagedon. Właściwie w dowolnym momencie mógłby tu wbiec tuzin terrorystów z bombami wysokiego rażenia, a wnętrze nie zmieniłoby się znacząco. Książki, ubrania, jakieś torby, zeszyty, siatka pełna kauczuków, puste butelki, buty, szczotki do włosów, zdarte plakaty i inne drobiazgi – wszystko to walało się po podłodze, przez co Jared musiał uważać, żeby na czymś nie stanąć. Uroczy obrazek dopełniała Dominica, której rude, mocno kręcone włosy, często nadawały wygląd oszołoma.
            – Jeździsz jeszcze na tych rolkach? – spytał sceptycznie Jared, kopiąc wskazany przedmiot. Rolki były zniszczone, brakowało w nich kółek, a na dodatek miały na sobie obrzydliwie słodkie wizerunki księżniczek.
            Dominica podniosła wzrok i sekundę potem znowu wlepiła go w komputer.
            – Nie – mruknęła pod nosem. – Chcesz je odkupić?
            – Nie sądzę, żeby były jeszcze zdatne do użytku – odparł. – Tak samo jak tamten połamany karton w kącie. Właściwie to nie mam pojęcia czemu on tu właściwie jest.
            Dominica podążyła za jego spojrzeniem.
            – Kiedyś wywalę – powiedziała krótko.
            Jared westchnął. Nieźle sobie dobrał przyjaciół – brudas i bałaganiara.
            – Znalazłaś coś? – spytał, opierając się o blat biurka. W tym celu musiał przesunąć kubek, piórnik i dwa włożone w siebie talerze. Dominica wykonała wcześniej podobną czynność, robiąc trochę miejsca na myszkę.
            – Dwie rzeczy. I obie mnie lekko przerażają, jeśli muszę być szczera – powiedziała dziewczyna.
            Jared zmarszczył brwi i powiódł wzrokiem za kursorem myszki. Dominica kliknęła jedno z okienek i przed oczami pojawił mu się artykuł, pobrany z jednej ze stron internetowych.
            – Zwierzęta atakują „Deer Meadow”? – przeczytał, nie do końca rozumiejąc.
            – To nazwa ośrodka wypoczynkowego. – wyjaśniła Dominica. – Na obrzeżach miasta, kort tenisowy, basen, te sprawy.
            – Nie wiedziałem, że w tych lasach są kojoty – powiedział, zauważając zdjęcie tego zwierzęcia. Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy pomyślał o wczorajszej wycieczce.
            – To zwierzęta wędrowne – odparła Dominica. – Według tego artykułu, stado dzikich kojotów napadło wczoraj na ośrodek, który na szczęście stał wtedy prawie pusty. Właściciele czekali na jakiś remont, więc w środku było najwyżej jakieś dziesięć osób, a poza tym, większość ludzi spała. Patrz na to – Dominica zaznaczyła linijkę tekstu. – Według nagrań z monitoringu, około 2:30, zwierzęta wtargnęły na teren ośrodka. Portierka, która zauważyła kojoty i zamierzała wezwać pomoc, została zaatakowana. Dopiero nad ranem, właściciel ośrodka „Deer Meadow” odnalazł panią Besselach w pokoju, używanym jako wypożyczalnia filmów, dla wczasowiczów. Kobieta została przewieziona do szpitala, jej stan jest krytyczny.
            Jared uniósł brew.
            – Po co kojoty miałyby się włamywać do wypożyczalni filmów? – spytał sceptycznie. – Kuchnię czy sklep to bym zrozumiał, ale wypożyczalnia?
            – Ja bym zapytała, kto wypożycza filmy o trzeciej w nocy – mruknęła Dominica. – Ale nie chodziło mi o to. Mówiłeś mi, że razem z Peterem musieliście wczoraj zadzwonić na pomoc drogową. Kiedy wróciliście do domu?
            Chłopak zmrużył oczy.
            – Jakoś po trzeciej, ale czekaj… Chcesz mi powiedzieć…
            – Że przejeżdżaliście dokładnie obok ośrodka „Deer Meadow”, chwilę po ataku kojotów – dokończyła z zadowoleniem, wpisując coś w wyszukiwarce. Po chwili przed jego oczami pojawiła się mapa miasta. Dominica przesunęła widok na lasy.
            – Byliście mniej więcej tu – pokazała palcem na monitorze. – Tędy wracaliście, a tu – dźgnęła zabudowane miejsce. – leży „Deer Meadow”.
            Jared czasami nie mógł zrozumieć Dominici. Gdy to mówiła była uśmiechnięta, a w jej oczach błyszczało podekscytowanie.
            – Byliśmy w lesie. Z kojotami – skrzywił się Jared. Zastanawiał się, co się stanie, gdy powie o tym Peterowi, który od samego początku był przeciwny tej wycieczce.
            – Nie tylko wy – zauważyła Dominica. – Ktoś przedziurawił wam koła.
            – Dzięki, że mi o tym przypominasz – prychnął.
            – Och, Jared myśl! – zdenerwowała się Dominica. – Ktoś wam zniszczył opony, więc nie pojechaliście. Gdybyście pojechali, prawdopodobnie napotkalibyście stado wściekłych kojotów.
            Jared zamarł na sekundę, zanim posłał Dominice ostrzegające spojrzenie. Oczy dziewczyny w dalszym ciągu były wypełnione podekscytowaniem.
            Mógł szczerze powiedzieć, że nienawidził tego. Nie cierpiał tej wady dziewczyny, która powodowała, że w ciągu jednej minuty, potrafiła wymyślić teorie spiskowe, wystarczająco skomplikowane, aby jego głowa zaczynała wirować. Zwykle starał się śmiać z wyobraźni przyjaciółki, jednak zdarzały się przypadki, kiedy nie mógł wytrzymać i zaczynał najzwyczajniej się na nią wydzierać. Szczególnie, gdy teorie Dominici zaczynały brzmieć mniej więcej jak „Nie dostałam w MacDonaldzie torebki z keczupem. Jared, czy nie uważasz, że to sprawka tych wścibskich związkowców od kampanii majonezowej?!”
            Chociaż czasami się to przydawało. Dominica była świadoma większości incydentów, które działy się w ich szkole, jednak wszystkie starała dopasowywać do siebie, tworząc swój własny połączony wszechświat. Jared nie był pewny czy czyni z niej to wspaniałego detektywa, czy wręcz przeciwnie. W końcu Dominica miała skłonności do przesady.
            Jared pokręcił głową.
            – Dominica, takie rzeczy się zdarzają. Peter mówił, że ludzie często psują samochody, a potem zjawiają się, żeby je naprawić za pieniądze.
            – Skoro tak, to dlaczego nikogo nie spotkaliście? – spytała oskarżająco dziewczyna. – I nikt was też nie zaatakował. Jak myślisz, po co przebili wam koła?
            – Dla zabawy?
            – Jared! Skup się – pisnęła Dominica. – Dlaczego przebili wam koła?
            Chłopak zamyślił się.
            – Żeby je zepsuć? – podsunął, unosząc jedną brew.
            Ruda istotka załamała ręce.
            – Z kim ja żyję? – szepnęła zirytowana. Jej twarz powoli robiła się czerwona ze złości – Żeby was spowolnić! Spowolnić! Czy ty nie oglądasz filmów?!
            Jared westchnął, zakładając ręce na piersi. Oparł się o biurko i poczuł się jeszcze bardziej zmęczony niż wcześniej.
            – Przestań, Dominica. Ludzie w filmach tak główkują, ponieważ mają do rozwiązania coś skomplikowanego. A jest skomplikowane, ponieważ scenarzysta miał miesiące, żeby to wymyślić. Może nawet lata. Tutaj prawda jest taka, że ktoś nam przebił koła i po sprawie.
            – Przestań zachowywać się jak Peter! – wykrzyknęła Dominica. – Dlaczego musisz być taki ślepy?!
            – Próbujesz z tego zrobić jakiś idiotyczny kryminał – odparł. – Gdybyś siebie posłuchała, doszłabyś do wniosku, że to co mówisz, nie ma sensu – wzruszył ramionami – Ktoś nam zniszczył opony, Dominica, to wszystko.
            – I zupełnie przypadkiem w tym samym czasie kojoty zaatakowały „Deer Meadow”?! – krzyknęła.
            – Tak – postarał się powiedzieć spokojnie. – Bo to tak jakbyś stwierdziła, że skoro dzisiaj piłem herbatę z dwiema łyżkami cukru, a pani Sohall z pod czwórki piła bez, to musi być jakoś połączone! Zbieg okoliczności, rozumiesz takie wyrażenie?
            Dominica otworzyła usta, niewątpliwie, żeby odkrzyknąć coś obraźliwego, jednak w ostatnim momencie ugryzła się w język i odwróciła do monitora. Na policzkach wykwitły jej ze złości różowe plamy, a oczy ciskały błyskawice. Jared obserwował jak wystukuje coś na klawiaturze. Nienawidził kłócić się z Dominicą.
            – To patrz na to! – syknęła po chwili, wskazując na monitor. – Patrz i powiedz, że nie widzisz powiązań!
            Na ekranie pojawiły się zdjęcia. Wiele zdjęć przedstawiających jakieś pomieszczenia, wyglądające na hotel, a w tle widać było sporo drzew, co wskazywało, że budynek jest położony w okolicach lasu. Patrząc po wnętrzach pokoi, największą atrakcją były rozwieszone wszędzie czaszki i wypchane głowy zwierząt, zawieszone na drewnianych ścianach. Zwierzęce trofea łypały na niego ze zdjęć, zupełnie jakby były jeszcze żywe. Jared spojrzał na Dominicę.
            – No i? – spytał. – To wcale nie jest jakoś specjalnie dziwne. Gdy byłem nad morzem, wszędzie było widać takie ozdoby, a nawet mój wujek ma powieszoną czaszkę jelenia na ganku…
            – Jakim cudem dożyłeś szesnastu lat, ty nieogarnięty ślimaku? – spytała Dominica, patrząc na niego ze zirytowaniem. Jared uniósł kącik ust. Ślimaku? – Przypatrz się.
            – Ślimaki mają słaby wzrok – posłał jej lekko drwiący uśmieszek, przez co znowu został spiorunowany wzrokiem. Nie chcąc wywoływać kłótni, potulnie spojrzał na monitor, jednak na jego ustach dalej błądził wyraz dziwnego rozbawienia.
            Żadne zdjęcie nie wyróżniało się niczym specjalnym, więc Jared w pierwszej chwili nie zrozumiał o co chodzi. Dopiero zdjęcie ustawionych koło siebie w rzędzie głów zwierząt zwróciło jego uwagę.
            – Wszystkie są takie same – powiedział, chociaż Dominica na pewno zauważyła to na samym początku. Pokryte sierścią trofea przypominały coś na kształt dużego lisa, albo psa. Jednak trochę wyglądały jak małe wilki, które nie przypominają wilków, ale czy to miało sens? Nagle doznał olśnienia. – I wszystkie to kojoty.
            Dominica obserwowała go z pod przymrużonych powiek, jednak nie umiała się długo powstrzymywać i wyraz fascynacji wdarł się na jej twarz. Gniew powoli zaczął znikać ,dając miejsce choremu podekscytowaniu.
            – Dalej uważasz, że ten atak kojotów nie był związany z wami?
            Jared zmarszczył brwi.
            – Dlaczego jakiś stary budynek ma mieć jakiekolwiek powiązania z nami? – spytał, jeszcze raz spoglądając na zdjęcia.
            – Zgadnij pod jakim logiem działa ten hotel – odparła. Jednak nie czekając na jego odpowiedź, położyła na stole medalion, klepsydrą w dół.
            Znalezisko jego i Petera. Zanim prawie zasnął, dał go Dominice, żeby rozpracowała skąd może pochodzić. A dziewczyna bardzo dokładnie to zrobiła.
            Na odwrocie drewnianego medalionu można było zobaczyć symbol złożony z kilku czarnych smug. Jedna w północny wschód, jedna na południe i dwie na zachód. Identyczny znak który widniał na zdjęciu szyldu hotelu „Rossemburg”.
            – Myślisz, że ona… – Jared złapał w dłoń medalion. – Że Cassidy, może tam być?
            Dominica przeniosła na niego pełne podekscytowania oczy.
            – To bardzo możliwe.
            Jared wyszarpnął z kieszeni telefon.
            – Jesteś absolutnie cudowna, Dominica – wysapał, szybko szukając znajomego numeru. – Obłędnie, nadludzko genialna…
            Dziewczyna zarumieniła się mocno, jednak dalej się uśmiechała.
            Jared odwrócił się i przyłożył telefon do ucha.
            – Peter? – potknął się o coś na zabałaganionej podłodze, a że nie miał gdzie stanąć, prawie wyrżnął orła. – Dalej mam ten monopol na twoją słodką troskę?

۞

            Za pięćdziesiąt metrów skręć w prawo.
            – Tu nie ma skrętu w prawo, ty ułomny androidzie!