Dziękuje
bardzo za pozytywne komentarze, naprawdę cieszę się, że blog się podoba! Życzę
spóźnione wszystkiego najlepszego dla matek i za wczesne pozdrowienia dla
wszystkich dzieci. Niech wam się ziści co tam w duszy chcecie :)
A
teraz zapraszam do czytania!
–
Za pięćdziesiąt metrów skręć w prawo.
– Tu nie ma skrętu w prawo, ty
ułomny androidzie!
Jared zachichotał pod nosem.
– Nie potrafisz już sobie poradzić z
głupim GPS-em? – mruknął, rozwalając się wygodnie na siedzeniu. Peter spojrzał
na niego, a gdyby wzrok mógłby zabijać, Jared padłby martwy.
– I tak masz żałośnie wielkie szczęście,
że masz kumpla mechanika – warknął, po raz setny blondyn.
Jared był zadowolony. Granatowy Citroën
jechał gładko i bynajmniej z czterema
nieprzedziurawionymi oponami. Dominica siedziała na tylnym siedzeniu i mimo że nie odzywała się
zbyt wiele, nie robiła przynajmniej złośliwych uwag Peterowi. Dzień był
słoneczny, śnieg topniał, a oni jechali po Cassidy. Czuł się całkiem
szczęśliwy.
– Myślałem że raczej chciałbyś to
przypasować do swoich zalet – uśmiechnął się, opierając głowę o szybę.
– Nie podlizuj się – syknął Peter ostrzegawczo.
Jared wyszczerzył zęby w
odpowiedzi. Kierowca wbił wzrok w jezdnie.
– Skręć
w prawo.
– Ciekawe gdzie!
– To jest ta strona przeciwległa do
lewej – rzuciła Dominica. – Kto ci dał prawo jazdy? Fryzjer czy bibliotekarz? –
prychnęła.
Może Jared pośpieszył się z tym nie
robieniem złośliwych uwag. Powinien wiedzieć, że dziewczyna nie odpuści
Peterowi nawet siedząc w jego aucie.
– Ten sam fryzjer, który pozwolił żeby
takie pomarańczowe gniazdo chodziło po mieście. Błagam, w pierwszym lepszym
supermarkecie znajdziesz dobry grzebień, ot cała filozofia.
Można powiedzieć, że Dominica i Peter,
lekko za sobą nie przepadali. Blondyn przyjaźnił się z szesnastoletnim Jaredem,
jednak ruda czternastolatka była dla niego już tylko denerwującym bachorem. Z
drugiej strony na co dzień inteligentna Dominica, przy Peterze zachowywała się,
jakby pozjadała wszystkie rozumy.
– Co ty wiesz o fryzjerstwie, ty tleniony
szczurze?
– Na pewno więcej, niż taka obleśna
wiewiórka.
Dominica poruszyła się niespokojnie.
– Nazwałeś mnie brzydką? – warknęła, rzucając
mu groźne spojrzenie.
Jared wywrócił oczami i odwrócił twarz w
stronę szyby. Dominica zdecydowanie zbyt łatwo dawała się wyprowadzić z
równowagi.
– Mało urodziwą, owszem – odparł Peter,
zerkając chłodno we wsteczne lusterko.
Dominica zachłysnęła się powietrzem.
– Odwołaj to, tępa gnido! – jej policzki
zapłonęły, niemal zlewając się z kolorem włosów.
Po chwili Jared miał okazję usłyszeć
mało elokwentną wiązankę przekleństw wychodzących na przemiennie z ust Petera i
Dominici. Dziewczyna wyciągnęła się do przodu chcąc uderzyć blondyna, jednak
ten odsunął się tak, że mogła złapać tylko jego koszulę i pociągnęła go. Peter
szarpnął kierownicą, przez co samochód skręcił gwałtownie, niemal wpadając do
rowu, jednak szybko powrócił na miejsce. Dominica krzyknęła.
– Co ty robisz?! – warknęła, łapiąc
zagłówek kierowcy.
– Hej, młoda – powiedział Jared chwytając
ją za rękę. – Uspokój się i błagam, nie zbliżaj się do osoby, która może nas
zabić, jeśli się odpowiednio rozpędzi.
Peter uśmiechnął się iście po diabelsku.
Dominica wydęła wargi, ale usiadła z
powrotem na tyle auta. Patrzyła na Jareda bardzo nieprzyjemnym wzrokiem, w tym momencie wyglądała naprawdę jak obrażone
dziecko.
– On też wtedy zginie – powiedziała, a
jej twarz nieco złagodniała.
– Martwi mnie ten wydźwięk satysfakcji w
twoim głosie – odparł Peter mrużąc oczy.
Dominica w odpowiedzi uśmiechnęła się
niewinnie. Reszta podróży minęła w miarę spokojnie, Jared rozbudził
się wystarczająco, żeby nie zasnąć w samochodzie. No i znaleźli w końcu skręt w
prawo.
– Jesteś pewny, że chcemy wejść do domu
pełnego martwych kojotów? – spytał z powątpiewaniem Peter, gdy zaparkowali pod
hotelem.
Budynek znajdował się tuż obok wysokiej
ściany lasu. Wykończenie dachu wyglądało na drewniane, tak samo jak ściany,
podjazd i właściwie wszystko inne w okolicy. Jaredowi
nieprzyjemnie kojarzyło się ze starymi domami, które w każdej chwili mogą się
zawalić.
– Martwe już ci raczej nic nie zrobią –
wzruszył ramionami Jared. – Przynajmniej jest jeszcze jasno.
– Właśnie – powiedział Peter, wyciągając
kluczyki ze stacyjki. – Dlatego idziemy tam, zanim się ściemni.
Droga do hotelu była wyściełana
kawałkami kory i trocinami, co nadawało wszystkiemu bardzo leśnego wizerunku.
Dominica szła blisko Jareda, wyraźnie nie chcąc jakkolwiek integrować się z
Peterem. Po chwili Jared zobaczył szyld z napisem „Rossemburg” i namalowanym
czarną farbą symbolem, który widział już na medalionie. Pod spodem wisiała
wielka zwierzęca czaszka.
Cichy niepokój zrodził się gdzieś w tyle
głowy Jareda. Przyjechał tu z myślą, że wrócą razem z Cassidy. Tylko czy
istniała szansa, że policja nie sprawdziła tego hotelu? Nawet jeśli, to
oznaczałoby że Cassidy nie została porwana i cały czas przebywała tutaj. Czyli
nie chciała wrócić, mimo tych wszystkich wiadomości wysyłanych przez media.
Z mieszanymi uczuciami przeszedł przez
próg i znalazł się w pomieszczeniu które widział na zdjęciu. Uderzył w niego
nieprzyjemny zapach stęchlizny i wilgoci. Naprzeciwko nich stało biurko robiące
za recepcję, a jego kolor zlewał się z wyłożoną panelami podłogą. W kącie,
naprzeciwko biurka, leżał zielony dywan, a na nim stał jakiś stolik i parę
krzeseł, po których ktoś porozrzucał ulotki. Z boku były widoczne, również
drewniane schody, prowadzące pewnie do pokoi.
Na każdej ścianie wisiało trofeum.
Dosłownie. Dokładnie przed nimi mógł zobaczyć trzy spore głowy kojotów, a pod
nimi jakąś złotą tabliczkę. Po ich lewej stronie wisiały dwa niemal identyczne
trofea, po prawej mogli podziwiać wypchaną głowę i czaszkę kojota.
Stara recepcjonistka podniosła na nich
wzrok, a Jared poczuł jak po jego plecach przebiega dreszcz. Kobieta miała
srogie, świdrujące spojrzenie, spotęgowane dodatkowo przez srebrne oprawki,
które trzymały jej się na nosie. Jej pomarszczona twarz wykrzywiła się w
grymasie, który prawdopodobnie miał być uśmiechem, jednak Jared nie mógł
dojrzeć w nim grama serdeczności. Bardziej chłodny wymóg, z jakim radziły sobie
stewardesy.
Recepcjonistka rzuciła im oceniające
spojrzenie, a Jared mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądają. Peter z
brudnymi od jakiejś samochodowej mazi rękami i takimi samymi wytartymi
dżinsami, stał arogancko opierając się o framugę. Dominica z mocno zakręconymi
rudymi włosami, skupiała się właśnie na czaszce kojota i zafascynowana chciała
zrobić jej zdjęcie. On sam stał na środku i gapił się na recepcjonistkę.
Czym prędzej wyciągnął ręce z kieszeni.
Cóż, pierwsze wrażenie lekko im nie wyszło.
– Dzień dobry – zaczął uprzejmie,
podchodząc do biurka. Kobieta gryzła długopis, obserwując go obojętnie. Szare,
rzadkie włosy opadały jej na twarz. – Jakiś czas temu zaginęła dziewczyna.
Bardzo prawdopodobne, że się tu zatrzymała.
Recepcjonistka nie zareagowała.
Właściwie to nie dała żadnego znaku, mówiącego o tym, że go usłyszała, a Jared
nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że spała z otwartymi oczami.
– Nazywa się Cassidy Blake –
kontynuował. – Blondynka, piętnaście lat…
– Nie udzielamy informacji na temat naszych klientów –
odezwała się ochrypłym głosem kobieta.
Jared przeniósł wzrok na Petera, jednak
ten nie odwzajemnił spojrzenia. Wpatrywał się w kobietę, a jego wyraz twarzy
świadczył o czymś, co mogło być mieszanką obrzydzenia jak i pogardy.
– Oczywiście, rozumiem to – powiedział
Jared, z powrotem koncentrując się na kobiecie. – Chcieliśmy tylko zapytać, czy
taka osoba w ogóle tutaj przebywa…
– Jak wam tak zależy to sami sobie
sprawdźcie – odparła recepcjonistka. Gdy mówiła, jednocześnie gryząc długopis,
strużka śliny pociekła jej po brodzie. Jared ledwo powstrzymał się od skrzywienia,
choć w jego gardle narastał odruch wymiotny. W pomieszczeniu śmierdzącym
stęchlizną, było to dwa razy bardziej obrzydliwe.
– Dziękuję – powiedział, odwracając
wzrok i pociągnął Petera za ramię, w stronę schodów. Nie zdążyli
wejść na pierwszy stopień, kiedy kobieta krzyknęła za nimi.
– Gdzie? Wynocha! – zawołała swoim
skrzekliwym głosem. – Wstęp tylko dla noclegowiczów!
– Zaraz stąd pójdziemy – odezwała się
Dominica.
– To wbrew regulaminowi. Zawołam
ochronę!
– Przed chwilą kazałaś nam samym sprawdzić
– warknął Peter, wywracając oczami.
– Ta dziewczyna zaginęła – zaczął Jared.
– Istnieje szansa, że się tu zatrzymała. Proszę, my tylko…
– Wstęp udostępniamy tylko naszym
klientom – prychnęła kobieta.
– To zajmie tylko chwilę – uśmiechnął
się Jared, mając nadzieję, że ją to choć trochę złagodzi.
Kobieta podniosła się z krzesła i
założyła ręce na piersi.
– Wstęp tylko dla noclegowiczów –
wysyczała przez zęby.
– Za chwilę pójdziemy i nigdy więcej nas
pani nie zobaczy! – krzyknęła Dominica. Jared położył jej rękę, na ramieniu,
ale szybko ją strąciła. – Chcemy tylko sprawdzić!
– Nie podnoś na mnie głosu, głupie
dziecko! – odparła szorstko kobieta. Długopis wypadł jej z ust. – Wynoście się
stąd! Wstęp tylko dla noclegowiczów!
– Jared, dlaczego nie możemy po prostu
tam wejść? – spytał Peter, unosząc brew.
– Ani mi się waż! – krzyknęła kobieta i
nacisnęła coś pod stołem. – Tylko noclegowicze!
– Jesteś pewna? – Peter posłał jej
drwiący uśmiech. – No to patrz.
Zaczął wspinać się po schodach,
beztrosko odwracając się do recepcjonistki.
– Peter! – warknął Jared.
– Cassidy! – zawołał chłopak, stojąc na
półpiętrze. Kobieta była cała czerwona ze złości. – Chodź tu, bo jakaś tępa
baba nie chce nas tam wpuścić!
– Wstęp udostępniamy jedynie
noclegowiczom! – wydarła się kobieta.
– Co się tu dzieje?
Potężny mężczyzna pojawił się w
drzwiach, kawałek za recepcją. Kilka czarnych włosów zdobiło jego prawie łysą
głowę, a ubrany był w ciuchy podkreślające tylko, że nie warto z nim zadzierać.
Tak jak kobieta siedząca obok, nie był najmłodszy jednak na pewno nie był
najsłabszy. Spojrzał na Jareda i Dominicę, po czym przeniósł zdenerwowany wzrok
na Petera.
– Hej, dzieciaku! – krzyknął, wskazując
na chłopaka. – Nie wiem, czy jesteś głuchy, czy po prostu głupi, ale złaź
stamtąd!
– Dopóki nie znajdziemy koleżanki,
dzięki, ale zostanę – warknął Peter.
Jared poczuł jak coś mu się przewraca w
żołądku. Wiedział kiedy jego przyjaciel używa tego tonu i mógł podejrzewać co
się może zaraz stać. Tym bardziej, że widział jak ręce Petera spięły się,
przygotowując na ewentualny atak.
– Wynocha! – warknął, pokazując drzwi.
Peter w odpowiedzi uśmiechnął się
ironicznie.
– Zepchnę cię z tych schodów jeśli będę
musiał – ostrzegł mężczyzna.
– Śmiało.
Serce Jareda zamarło, gdy rosły facet
zacisnął pięści i zrobił krok w ich stronę. Nie namyślając się długo, on sam
podszedł bliżej.
– Chcemy wynająć pokój! Jeden nocleg! – krzyknął w stronę recepcjonistki. Peter
zmarszczył brwi.
– Jared…
– Chodź tu! – warknął chłopak,
przeszukując kieszenie.
Mężczyzna patrzył chwilę na nich dziwnym
wzrokiem, jednak odsunął się na bok i założył ręce na piersi. Jared
podejrzewał, że zamierza tu na wszelki wypadek zostać.
– Co ty robisz? – szepnął Peter.
– Co ty
robisz? – syknął Jared. – Dla twojej wiadomości tylko ty tutaj potrafisz
prowadzić samochód, a powrót do domu może być mega trudny, jeśli ty będziesz
leżał w szpitalu!
Peter prychnął.
– Bez przesady, miej trochę wiary we
mnie.
– Racja. Martwi również nie mogą
prowadzić. A teraz – westchnął Jared, ignorując ponure spojrzenie. – Mam tylko
piętnaście dolców.
Peter wyglądał przez chwilę, jakby
rozważał, czy udusić go gołymi rękami, czy zabić go jakoś boleśniej. W końcu
wyciągnął portfel.
– Za jakie grzechy? – szepnął,
przeliczając pieniądze. – Co ja takiego złego zrobiłem, że musiałem cię spotkać
na swojej drodze?
Jared uśmiechnął się przepraszająco i
ruszył w stronę recepcjonistki.
– Ciebie też to czeka – warknął Peter w
stronę Dominici. – Poczekaj aż zaczniesz zarabiać i będziesz mieć własne auto.
Jared podał pieniądze kobiecie, która
już spisywała ich nazwiska. Zerknął na wielki dziennik w którym zapisani byli
goście i dojrzał znajome nazwisko.
Zmrużył oczy.
– Ona dalej tu jest? Tutaj, w tym
hotelu?
Kobieta zakryła ręką listę i spojrzała
na Jareda. Na jej usta wkradł się obrzydliwy, drwiący uśmiech, przez co jej
pomarszczona twarz wykrzywiła się jeszcze bardziej.
– Wstęp tylko dla noclegowiczów –
powiedziała, a jej słowa opływały drwiną i satysfakcją. Schowała pieniądze i
skinęła dłonią w stronę schodów – Proszę się rozgościć.
۞
Jared
zacisnął pięści, bezradnie siedząc na łóżku. Właśnie to wypełniało go od środka
– gniew i bezradność. Razem z Peterem i Dominicą spędzili prawie pół godziny na
przeszukiwaniu hotelu, by w końcu dowiedzieć się, że są jedynymi gośćmi w całym
budynku.
Cała radość, ekscytacja, pewność, że
wróci z Cassidy do domu, zgasła w jednym momencie jak
świeca. Ich ostatnia teoria przepadła, nie mieli pojęcia gdzie dziewczyna się
znajduje. Sabina i Chris są skazani na tęsknotę, a on będzie się już zawsze
czuł jak przegrany.
Bo nie udało mu się jej znaleźć. To
aż śmieszne, przecież całkiem niedawno był zły na Cassidy za to że uciekła,
życzył jej jak najgorzej, ponieważ ona „zniszczyła mu ferie”. A później obrał
sobie za cel znalezienie jej, tylko po to, żeby utrzeć nosa Sabinie i policji.
Jak naiwny musiał być, żeby tak pomyśleć?
A jednak, gdy znaleźli medalion,
Jared naprawdę zaczął wierzyć, że znowu zobaczy kuzynkę. I że to on ją
znajdzie, ponieważ znalazł coś o czym nie wiedziała policja.
I okazało się, że to ślepy zaułek.
Głupia nadzieja, jak zawsze.
– Była tu – powiedział szeptem,
zaciskając powieki. – Widziałem jej imię na liście.
Peter, oparty o ścianę z założonymi
rękami, nie odzywał się za wiele. Wyglądał jakby i on był zawiedziony, mimo że
nawet nie znał Cassidy. Bądź co bądź, jego najlepszy przyjaciel chciał ją
odnaleźć, więc automatycznie to również stało się jego celem.
– Powinniśmy o tym komuś powiedzieć?
– spytał cicho Peter.
Jared wbił wzrok w swoje dłonie.
– Nie – odparł. – To i tak już bez
sensu, nie ma co robić nadziei jej rodzicom.
Po drugiej stronie pokoju, w
pomarańczowym fotelu, siedziała Dominica. Jej kolor włosów zlewał się z
fotelem, co w innych okolicznościach mogłoby być zabawne. Ze zmarszczonymi
brwiami, wpatrywała się w ekran telefonu Jareda, który cudem miał tutaj
Internet. Co jakiś czas rzucała zamyślone spojrzenia w stronę kojotów wiszących
na ścianach. I tak wszyscy się dziwili, kto może spokojnie zasnąć w
pomieszczeniu wypełnionym martwymi głowami zwierząt.
Jared czuł się zmęczony, za to wyraz
twarzy Dominici cały czas wyglądał jakby dziewczyna w kółko myślała „Co poszło
nie tak?”. Jared miał nadzieję, że nie zostanie jej taki zmarszczony wyraz
twarzy do końca życia, bo niechybnie zaczęłaby przypominać recepcjonistkę tego
hotelu.
Gdy Jared westchnął, mając zamiar
oznajmić, że czas się zbierać, Dominica wstała gwałtownie i podbiegła do niego.
– To nie są kojoty! – wykrzyknęła,
wpychając się obok Jareda. W rękach trzymała jego telefon, a na nim wyświetlała
się strona poświęcona zdjęciom drapieżników, które ich zewsząd otaczały. – To
szakale!
Peter prychnął, Jared tylko wywrócił
oczami.
– Niemożliwe. Szakale nie żyją w
naszym klimacie.
– Patrz tylko! – warknęła Dominica.
– Kojot i szakal to dwa różne zwierzęta!
Peter zerknął na zdjęcia.
– Ja tu widzę jedynie coś co nie
jest ani lisem, ani psem – stwierdził rezolutnie.
Dominica szarpnęła telefonem w swoją
stronę.
– Nikt cię nie pytał o zdanie,
ignorancie! Każde z tych zwierząt – powiedziała wskazując na zawieszone trofea.
– To szakal!
– Dominica… – zaczął błagalnym
głosem Jared.
– Zamknij się! Patrz! – krzyknęła
dziewczyna, podbiegając do pobliskiej głowy drapieżnika. Jared jęknął. W jej
oczach na powrót pojawiły się te irytujące blaski, świadczące o podekscytowaniu
dziewczyny. Zawsze ekscytowała się, w takich momentach.
– Widzisz ten pas odchodzący z jego
głowy? – spytała, przejeżdżając palcami po zwierzęciu. – Jestem pewna, że to
szakal pręgowany! Gdybyśmy mogli go zobaczyć w całości…
– W naszym kraju nie ma szakali –
powiedział spokojnie Jared.
– Najwyraźniej są! – krzyknęła
Dominica. – Pomyśl! Każde zwierzę można przewieść z jednego w miejsca w drugie!
Niektórzy myśliwi przywożą własne ptaki na miejsce polowań. Czemu ktoś nie
mógłby zrobić tego z szakalami?
– Pokazywałaś tę stronę internetową,
na której było napisane, że to kojoty napadły ośrodek – nie ustąpił Jared.
– Szakala i kojota bardzo łatwo
można pomylić! Kojoty są z rodziny psowatych, więc są automatycznie większe i
bardziej przypominają psa. Szakal dużo bardziej przypomina lisa, jego głowa
jest mała i ma mocno wyciągnięty ryjek…
Jared potarł skronie.
– To bez sensu, Dominica.
Dziewczyna zrobiła się czerwona, a
jej małe dłonie zacisnęły się w pięści.
– To ma całkowity sens, a wy
jesteście ślepymi idiotami! Nie zobaczylibyście rozwiązania zagadki, nawet
gdyby ktoś wam ją wepchnął do nosa! – wykrzyczała Dominica. – Jestem absolutnie
pewna, że to są szakale!
– Szakali nie ma…
– Dobra, w porządku! – krzyknął
Peter. – Nawet jeśli to nie są kojoty, to co nam to da? Cassidy jak nie było,
tak nie ma, a my się głowimy nad chorym hobby jakiegoś tandetnego hotelu!
Dominica patrzyła na niego, tym
razem bez złości. Jared opadł na łóżko, wpatrując się w sufit i czuł się w tym
momencie czymś bardziej, niż bezużytecznym. Kojoty, wilki, szakale, psy, lisy,
wilkołaki… Walić ich wszystkich. Cassidy
jak nie było, tak nie ma.
– Nie zastanawia was skąd tu się
wzięło tyle pustynnych zwierząt? – spytała, ochryple Dominica. – Bo na moje
oko, są ich tu tuziny, jak nie setki!
– Mnie zastanawia, co my jeszcze
robimy w jednym budynku z ludźmi, którzy mają broń i ewidentnie nas nie lubią –
syknął Peter. – Zmywajmy się stąd – zaproponował.
Peter był dziwnym człowiekiem.
Swoimi wypowiedziami często sprawiał wrażenie, jakby się bał całego świata, a
jednocześnie to zawsze on był pierwszy do jatki. Najlepiej z wielkimi i
umięśnionymi bardziej od niego ludźmi, z dużą pewnością siebie. Jakim cudem on
jeszcze żył?
– Skoro się boisz to idź – prychnęła
Dominica. Tej z kolei nic nie mogło przestraszyć, jednak gdy przychodziło co do
czego, trzęsąc się biegła do Jareda.
– Proszę bardzo. Wracaj do domu z
buta.
۞
–
Stójcie! – krzyknęła Dominica, zanim wsiedli do samochodu. Pociągnęła Jareda za
ramię. – Wypchany szakal! Chodź!
Pomimo słonecznych dni, wciąż trwała
zima, więc noce były nieprzyzwoicie długie. Gdy wyszli z hotelu już
zmierzchało, co oczywiście nikomu się nie spodobało. Peter z uśmiechem na
twarzy szedł w stronę citroëna. Teraz jednak odwrócił się z jękiem, patrząc na
dziewczynę.
– Chodź! Pokażę ci, że to nie kojot!
Rzeczywiście. Parę metrów przed
nimi, stało wypchane coś podobne do lisa. Jared podejrzewał, że jego łapy są
przykręcone prętami do ziemi, a całość usztywniona. Musiał przyznać, że taki
podobał mu się o wiele bardziej niż ucięta głowa.
– No chodź! – krzyknęła Dominica.
Jared zmarszczył brwi i spojrzał na
Petera.
– Pamiętasz, żeby to tutaj wcześniej
stało?
Peter podążył za jego spojrzeniem.
– Raczej nie – powiedział obserwując
zwierzę. Jared przyjrzał się kojotowi i w jednej chwili stanęło mu serce.
– To się ruszyło? – zapytał
zdezorientowany Peter.
– Dominica! Wracaj! – krzyknął Jared
i rzucił się biegiem w stronę dziewczyny.
Jednak
zrobił to za późno i w momencie kiedy dziewczyna odwróciła się w jego stronę, podobne
do lisa zwierzę skoczyło z warkotem w jej stronę.