wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział 5 - Złe Imię


Chciałabym poinformować, że w związku z nadchodzącymi wakacjami, przerwy między rozdziałami mogą być lekko dłuższe. Rozdział szósty z pewnością nie pojawi się przed 10 lipca.
Miłej lektury! :)



            Echo wściekłych przekleństw wypełniło chatę. Cassidy żyła i to było najważniejsze. Żyła. Tylko jak długo?
            Zacisnął powieki. Gdzie poszedł właściciel tej chaty? On coś wiedział, gdzie Jared ma go teraz znaleźć? I czym do diabła było Caduto?
            Cassidy mówiła coś o wiatrakach, a Jared dalej nie miał pojęcia o co mogło jej chodzić. Owszem, widział kilka wiatraków pracujących dla jakiejś elektrowni, jednak to było nad morzem, innymi słowy, wiele godzin jazdy stąd. Czy to możliwe, żeby Cassidy była aż tak daleko?
            Uderzył pięścią w stół i ponownie złapał telefon.
            – Peter, jak z wami? – spytał dokładnie w momencie w którym jego przyjaciel odebrał.
            – No, jesteśmy w szpitalu – usłyszał znajomy głos. – Dominicą zajął się jakiś chirurg. Nie wiem, nie chcą mnie wpuścić na salę.
            – Bardzo z nią źle?
            Wymowna chwila ciszy sama prosiła się o zinterpretowanie.
            – Zemdlała, gdy parkowałem pod szpitalem – wyznał Peter. – Gdy ją zaciągnęli na salę operacyjną, chyba otworzyła oczy, a teraz i tak jest pod środkami nasennymi, czy coś takiego.
            Jared przejechał ręką po włosach.
            – Powiedziałeś lekarzom o wściekliźnie? – spytał, zamykając oczy.
            Peter westchnął.
            – Jared, oni mówią, że to nie wścieklizna.
            – A co innego? – zapytał szorstko. Coś gorszego – syknął w jego umyśle, czyjś drwiący głosik.
            – Czy Dominica coś ćpała?
            Jared skamieniał.
            – Nie. Oczywiście, że nie – zmarszczył brwi. – Peter, co się tam u was dzieje?
            – Wiem tylko tyle, co podsłuchałem, ale pielęgniarka mówiła, że to zatrucie narkotykowe.
            – Zatrucie narkotykowe? To niemożliwe – zaprzeczył Jared, nie zastanawiając się, czy w ogóle coś takiego istnieje. – Dominica nigdy nie miała…
            – Tego też się domyśliłem – prychnął Peter. – I nie wiem co robisz, ale ja od pół godziny siedzę na mega niewygodnym krzesełku i miałem czas na przemyślenia – Jared skrzywił się. To znaczy, że był tutaj już pół godziny? – Wdało się zakażenie i jestem stuprocentowo pewny, że to przez ślinę tego szakala. Cała ta piana rozlazła się po ranie, widziałeś to zresztą?
            – Do czego zmierzasz? – spytał, Jared podejrzliwie. – Myślisz, że szakal był po dragach?
            – Sam się kłóciłeś, że nie ma w tych lasach szakali! Zresztą ten artykuł, który mi pokazaliście z Dominicą? On mówił o stadzie kojotów, tak? A teraz okazuje się, że to nie były kojoty tylko szakale i następuje pytanie: Dlaczego szakale połączyły się w stado?
            – I uważasz, że to były zwierzęta-ćpuny? – zapytał sceptycznie.
            – Tak! – warknął Peter. – No dobra, może to głupio brzmi, ale wyjaśnij mi, po jakiego czorta głodne szakale miałyby wchodzić do wypożyczalni filmów?
            – Żeby obejrzeć jakąś komedie na haju?
            – Jared, do cholery! – krzyknął chłopak. – Jesteś mądry, albo przynajmniej czasami, więc dlaczego więc zachowujesz się jak ostatni idiota? Chcesz znaleźć Cassidy, a jednocześnie robisz wszystko, żeby pozostawić ją samą sobie! – ryknął Peter. – Omówiliśmy przecież, że nie znajdziesz jej ot tak w spożywczym! Jeśli chcesz ją całą i zdrową, musisz użyć głowy, a mam wrażenie, ż to wszystko robisz tylko z łaski dla Sabiny!
            To bolało i Peter miał tego świadomość. Oboje również wiedzieli, że Jared stara się znaleźć Cassidy z własnej woli, jednak nikt nie zaprzeczył. Brunet spuścił głowę, mimo że i tak nikt na niego nie patrzył.
            – Dobra – powiedział w końcu, zaciskając pięść. – Jaka jest twoja teoria?
            – Ktoś zaćpał szakale, jakby to powiedzieć po twojemu – warknął Peter, jednak jego głos nie był już tak rozjuszony jak wcześniej. – Myślę, że ta kobieta, która została w tym ośrodku zaatakowana, miała zginąć. Ktoś napuścił na nią to stado, które miało ją zabić. Jest teraz w tym szpitalu i wiesz co? Nie wiem wszystkiego, ale lekarze również wspominali coś o narkotykach.
            – Ty siedziałeś na niewygodnym krzesełku, czy robiłeś zwiady szpiegowskie?
            Znał go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że Peter w tym momencie szeroko się uśmiecha.
            – Nudziło mi się – wyjaśnił lekko. – No cóż, moja teoria jest taka, że ktoś podłożył w wypożyczalni płyt ten narkotyk, którym te zwierzęta były długi czas karmione, a później mógł obserwować jak szakale, niczym po sznurku wchodzą do ośrodka.
            – To brzmi… lekko strasznie – stwierdził Jared.
            – Może. Nieważne, pogadamy jak wrócisz. Mam po ciebie teraz jechać?
            – Nie – odpowiedział szybko. – Nie do końca wiem, gdzie jestem, ale muszę tu być. Ten facet wie coś o Cassidy.
            – Jesteś idiotą.
            Jared skrzywił się.
            – Coraz częściej tak myślę.
            Rozejrzał się bezmyślnie po chacie. To zdecydowanie była głupota. Zacisnął palce na kuszy i znowu ją podniósł.
            – Peter, jeśli masz internet w telefonie, to zrób coś dla mnie. Dowiedz się, co to znaczy Caduto. Albo kim są Caduto.
            – Jesteś teraz sam?
            – Nie wiem kiedy on wróci – wyjaśnił, myśląc o właścicielu chaty. – Skup się, potrzebuję się dowiedzieć czegoś o Caduto. Najlepiej jak najwięcej. A! Peter, znajdź wszystkie wiatraki w okolicy, to bardzo ważne.
            – Wiatraki? – powtórzył Peter.
            – No, wiatraki – próbował wyjaśnić Jared. – Wiesz takie kręcące…
            – W sensie młyn?
            Młyn. Czemu o tym wcześniej nie pomyślał?
            – Tak. Będę ci na wieki wdzięczny!
            – Tylko nie myśl, że to dzięki mojej słodkiej trosce – żachnął się Peter. – Po prostu mi się nudzi.

۞

Gdy tylko drzwi chaty się otworzyły, Jared wycelował w nie broń.
            Jednak nie tylko on jeden o tym pomyślał i poczuł dreszcz, gdy zobaczył lufę strzelby, wycelowaną prosto w niego.
            – Odłóż kuszę, dzieciaku – powiedział mężczyzna. – Pocisk doleci szybciej niż strzałka.
            Jared chcąc nie chcąc, opuścił rękę z kuszą.
            – Gdzie pan był? – spytał na wstępie Jared. Odpowiedź wbiegła na sofę koło niego z zawrotną prędkością, po czym zeskoczyła na ziemię, zrobiła koło wokół nóg właściciela i zaczęła warczeć. Jared przez chwilę był pewny, że to szakal.
            – Spokój, Omega! – krzyknął mężczyzna.
            Wielki pies usiadł gwałtownie, ale dalej wpatrywał się w Jareda z wypisaną na pysku wrogością.
            – Jak zwykle szlaja się tam gdzie nie trzeba, a później muszę jej szukać – warknął mężczyzna.
            Jared spojrzał na niego.
            – Wie pan gdzie jest moja kuzynka?
            – Prawdopodobnie tak.
            Poczuł jakby coś rozpierało go od środka.
            – Powie mi pan?
            – Nie.
            Jared zamrugał.
            – Ale jak to?
            – Nie powiem ci, gdzie przebywa twoja kuzynka.
            – Dlaczego?!
            Pies zaszczekał, a mężczyzna spojrzał na niego obojętnie i nalał sobie do kubka czegoś czerwonego z butelki. Jared miał szczerą nadzieje, że był to sok, bo naprawdę nie miał ochoty użerać się z pijanym myśliwym.
            – Nie pozwolę tam iść głupiemu piętnastolatkowi…
            – Mam szesnaście.
            – …który nie zaprzeczy nawet, że jest głupi.
            Jared poczuł przemożną ochotę uderzenia głową w stół.
            – Proszę, pan musi mi powiedzieć gdzie ona się znajduje. Cała rodzina na nią czeka, jej rodzice rozpaczają…
            – Ludzie tracą całe rodziny i sobie z tym radzą. Oni też się w końcu pogodzą.
            – Jak pan może? – warknął Jared. – Skoro pan wie, że może pomóc, dlaczego…
            – Wiem, że to bez sensu. Nie znajdziecie jej.
            – Skąd wiesz?!
            – Bardzo głupi komentarz – odparł mężczyzna, wypijając spory łyk. – Wiem i tyle.
            – Jak by się pan czuł, gdyby pana bliscy zaginęli? – spytał oskarżająco Jared.
            – Pewnie skakałbym z radości – powiedział obojętnie myśliwy. – Żona wyrzuciła mnie z mojego domu i założyła sobie hotel, a dzieciak okradł. Mieszkam w lesie. Podziękuję za taką rodzinę.
            – Ale rodzice Cassidy się o nią martwią! – zapewnił, nie do końca wiedząc, czemu nie udaje mu się okazać choćby grama współczucia. – Niech mi pan pomoże!
            Mężczyzna podał mu drugi kubek.
            – Ta dziewczyna jest stracona, mały.
            Kubek opadł na stół z głuchym trzaskiem.
            – Nie jest! – krzyknął Jared. – Znajdę ją – warknął, czując w gardle wielką gulę.
            Myśliwy tylko przesunął po nim ponurym spojrzeniem i z krzywym uśmiechem pociągnął zdrowy łyk ze swojego kubka. Pies zawarczał głośno.
            Jared, weź się w garść.
            – Nie musi pan nic robić – zaczął powoli. – Potrzebuję tylko kilku informacji, dalej poradzę sobie sam.
            – Poraża mnie twój młodzieńczy zapał – odparł szorstko mężczyzna. – Ale kto taki nie jest w twoim wieku? Każdy z was myśli, że to on zostanie cudownym bohaterem, którego ludzie będą całować po rękach. Zachowujecie się jakby świat kręcił się wokół was, ale i tak w końcu zobaczycie jakie zasady nim żądzą.
            Jared patrzył żałośnie na mężczyznę. Zupełnie jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że porywa się z motyką na słońce. Miał bezwartościowe szesnaście lat, a jutro powinien iść do szkoły i uczyć się, jak pozostali szesnastolatkowie. Nie zamierzał się jednak teraz poddać, nie zostawi Cassidy w ciemnościach.
            Gdy ponownie się odezwał jego głos był twardy i stanowczy.
            – Kim jest Caduto?
            Czuł jakby cały świat zwolnił na te parę sekund. Nawet warczenie Omegi wydawało się mniej agresywne. Przez twarz mężczyzny przebiegło wiele różnych uczuć. Przez zaskoczenie i złość do czegoś na kształt strachu.
            Myśliwy odłożył kubek na stół i uspokoił psa. Jared uważnie przypatrywał się jego ruchom.
            – Słuchaj, dzieciaku – zaczął powoli, splatając ręce. – Nie wiem skądś się wziął, ale wiedz, że zabrałem cię tu tylko dlatego, bo na dworze może siedzieć kilka tuzinów szakali. Jak tylko wzejdzie słońce, dzwonisz po swojego bladego kolegę i wynosisz się stąd, jasne?
            – Nie, dopóki nie dowiem się, gdzie jest Cassidy – odparł, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
            – Jej już nie ma! – warknął myśliwy.
            – Ona żyje! – zaprzeczył Jared. – Zadzwoniła do mnie, zanim pan przyszedł!
            – W takim razie to pułapka!
            Jared zmarszczył brwi.
            – O czym pan mówi?
            – Co mówiła twoja kuzynka? Powiedziała ci o Caduto? – spytał natarczywie mężczyzna.
            – Chciała żebym ją znalazł. Bała się – powiedział cicho Jared.
            – Więc kazali jej zadzwonić!
            – A co pan może o tym wiedzieć?!
            Pies znowu zaczął szczekać. Wyraźnie nie był przyzwyczajony do jakichkolwiek krzyków w tej chacie.
            – Omega, siad! – ryknął mężczyzna. Po chwili spojrzał na Jareda. – A ty, myśl! Skoro miała przy sobie telefon, czemu nie zadzwoniła wcześniej?!
            – Może nie miała szansy!
            – Może ktoś kazał jej do ciebie zadzwonić!
            Jared zamrugał. Czuł się w tej chwili jak idiota. Czemu wszyscy widzieli w każdej rzeczy drugie dno, a on błądził wszędzie, nad niczym się nie zastanawiając? To się powtarzało od kilku dni z Peterem, Dominicą… Wyglądało na to, że był na tyle zaślepiony ideą znalezienia Cassidy, że rzeczywiście, nie robił nic w tym kierunku.
            Wziął głęboki wdech i spuścił głowę. Myśl jak Dominica – powtarzał sobie.
            – Chce pan powiedzieć – zaczął, układając sobie wszystko po kolei. – Że ktoś, chce żebym po nią poszedł.
            – Dokładnie – syknął myśliwy.
            Po co?
            – Caduto ma związek z zatruciami narkotykowymi? – spytał głosem wypranym z emocji. Gdy podniósł wzrok, napotkał zdziwienie w szarych tęczówkach mężczyzny, który dopiero po sporej chwili zaczął się śmiać. Jared nie dosłyszał jednak w tym śmiechu krztyny rozbawienia, czy szczęścia.
            – Oczywiście. W końcu to oni są za wszystko odpowiedzialni.
            – Dlaczego pan nie zgłosił tego na policję?
            Myśliwy uśmiechnął się z politowaniem.
            – To byłoby samobójstwo. Caduto ma ludzi w całym kraju.
            Jared przejechał palcami po ostrzu noża myśliwskiego. Nieprzyjemne uczucie, powoli zaczęło się rozlewać po jego klatce piersiowej.
            – Zajmują się narkotykami. Znaleźli własny sposób na kontrolowanie zwierząt, które są uzależnione od tego co im podają – ciągnął mężczyzna.
            – I Cassidy jest w tym momencie z nimi? – zapytał Jared, siląc się na obojętność, jednak nie mógł powstrzymać głosu od lekkiego drgania.
            Mężczyzna opadł na krzesło.
            – Prawdopodobnie – odparł, zakładając ręce na piersi.
            – Gdzie oni są? – spytał szybko.
            Myśliwy parsknął.
            – Nie wyślę tam szesnastolatka.
            – Gdzie oni są? – powtórzył szorstko Jared.
            – Gdzieś, gdzie ty nigdy nie postawisz stopy – odparł mężczyzna. – Czy ja wspominałem coś o bohaterskich dzieciakach, wierzących dzielnie w swoją sprawę?
            – W porządku – warknął, łapiąc kusze. – Sam ich znajdę i tobie nic do tego!
            Mężczyzna zerwał się, zasłaniając sobą drzwi. Omega zaczęła szaleńczo szczekać, biegając po całym salonie.
            – Odsuń się – ostrzegł Jared, podnosząc kuszę.
            Myśliwy uśmiechnął się drwiąco.
            – Nawet nie wiesz jak z tego wystrzelić.
            – Założymy się?
            Pies szczekał, oni stali w drzwiach, a komórka Jareda zaczęła wibrować. Zaklął mimowolnie, odsuwając się kawałek i przyłożył telefon do ucha.
            – Co masz?
            – Wierz czy nie – usłyszał głos Petera. – Ale wszystko idealnie się łączy. Caduto to organizacja narkotykowa.
            – Tak, wiem o tym – powiedział szybko Jared. – Te afery na policji, wokół Nigela…
– Narkotyki – odpowiedział przyjaciel. – Cóż, przynajmniej większość z nich.
Jared kiwnął głową.
– Wiesz, gdzie przebywają?
            – Niestety, nie, ale – Peter zawahał się. – Wiesz wbrew pozorom, to całkiem popularna organizacja. Pogrzebałem trochę w sieci. Sprawdziłem stare artykuły, jakieś fora… Wychodzi na to, że kimkolwiek są, nie ukrywają się z tym za bardzo. I mają fanów, jest wiele fanpage’ów, stron internetowych… Szukają nowych członków.
            – Nie masz pojęcia, gdzie się spotykają czy coś takiego?
            – Tego raczej się nie dowiemy, w końcu to nielegalna organizacja.
            Jared przejechał ręką po włosach, a na końcu języka miał najgorsze przekleństwa. Dlaczego to musiało być tak piekielnie trudne?
            – Często używają zwierząt do własnych celów – ciągnął Peter. – Wszystkie są uzależnione, dlatego dają łatwo się sterować.
            Mężczyzna stojący obok niego, wyraźnie słyszał każde słowo i Jared zaczął żałować, że jego komórka jest tak głośna. Myśliwy patrzył na niego w skupieniu ze zmrużonymi oczami. Postarał się to zignorować.
            – A jaki to ma wpływ na Dominicę?
            – No, jakby to powiedzieć – zastanowił się Peter. – Cokolwiek podali temu szakalowi, teraz to płynie w jej żyłach, więc musi mieć niezły odlot.
            Jared nie roześmiał się. Myśliwy dalej stał w drzwiach, a Omega warczała na jego nogi. Za oknem było całkowicie ciemno i mimowolnie zaczął się zastanawiać która może być godzina. Zauważył również, że ciągle stoi na środku pokoju z naładowaną kuszą w ręce.
            – Dobra. Muszę kończyć, dzięki za wszystko.
            – Czekaj! – krzyknął Peter. Nagle jego głos stał się przygaszony i jakby bardziej poważny. – Mówiłem ci, że Caduto szuka nowych członków, tak? Z kilku źródeł wyczytałem, że zależy im głównie na jednym – Peter urwał na chwilę. – I to jest dla nich wyraźnie ważne, przynajmniej na to wygląda.
            Jared czekał cierpliwie, aż Peter zacznie kontynuować. Wydawałoby się, jakby jego przyjaciel nie dokładnie umiał ubrać to w słowa.
            – Nie podają jego imienia, sami mówią, że to jedynie pseudonim. – Usłyszał westchnięcie. – Nazywają go Silierence.
            Jared poczuł jakby ktoś go kopnął w brzuch. Na moment wszystkie funkcje życiowe w jego organizmie zamarły, by później ruszyć w zdwojonym tempie. Miał wrażenie, że dokładnie słyszy bicie swojego serca.
            – Jesteś pewny? – zapytał, przeczuwając odpowiedź.
            – Na sto procent. Przykro mi, stary – odpowiedział Peter.
            Jared stał oszołomiony, nie wiedząc co powiedzieć.
            Mężczyzna podszedł do niego, przypatrując mu się uważnie.
            – Co? – zapytał niepewnym głosem. – Znasz kogoś kto nazywa się Silierence?
            Jared zmarszczył brwi, jednak jego wzrok dalej był wbity w podłogę.
            – Ja nazywam się Silierence – wyszeptał głucho.
            To nie było możliwe. W końcu wiele ludzi może mieć tak na nazwisko. Tak, tak, na pewno, przecież nie ma szans, żeby jakiś obcy gang narkotykowy miał jakiekolwiek powiązania z nim…
            Prawda?
            Nieświadomie złapał się stołu. Na nim, leżała srebrna zapalniczka, więc zacisnął ją w dłoni. Podobno takie gesty uspokajają.
            – Ty masz na imię Silierence? – powtórzył zdezorientowany mężczyzna.
            – Jared – szepnął. – Jared Silierence.
            Mężczyzna podszedł do niego jeszcze bliżej.
            – Odłóż kusze na stół – rozkazał niskim tonem. Brzmiał jak człowiek który za chwilę się udusi. Dopiero teraz Jared spojrzał na niego.
            Na dotychczas obojętnej twarzy myśliwego, malował się teraz niepokój. Patrzył na chłopaka jakby był niebezpiecznym zwierzęciem, które w każdym momencie może zaatakować. Jared posłusznie wypuścił broń z dłoni, włożył zapalniczkę do kieszeni i przeniósł wzrok na mężczyznę.
            – Dobra, co…
            Ostatnie co widział to jakiś rozmazany kształt, lecący w jego stronę, zanim otoczyła go ciemność.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Rozdział 4 - W Środku Lasu



Dziękuję Lusi A. za miłą opinię, cieszę się, że jeszcze ze mną wytrzymujesz :) A resztę gorąco zachęcam do komentowania! Każda wypowiedź jest dla mnie ważna, a bardzo chciałabym wiedzieć co kto myśli o tym co tu wyskrobuję :)
Pozdrawiam i zapraszam do czytania




            Jared nie podejrzewał, że coś takich rozmiarów, może wydawać z siebie takie głośnie dźwięki. Coś pomiędzy warkotem, a spazmatycznym duszeniem się, wydobywało się z jego pyska, razem z obrzydliwą pianą. Kojot – szakal? – był wielkości średniego psa, ale jego zęby wydawały się nieproporcjonalnie wielkie i ostre.
            Dominica była wysoka jak na swój wiek, a mimo to zwierzę, uderzając ją łapami w pierś, przewróciło na ziemię. Dziewczyna krzyknęła, starając się zrzucić z siebie bestię, kiedy ta zatopiła zęby w jej ramieniu. Przeraźliwy wrzask dobiegł do uszu chłopaków.
            Jared kopnął kojota – szakala? – w kościsty bok, a zwierzę nieprzygotowane na  atak sturlało się z Dominici, boleśnie szarpiąc jej ramię. Piana dochodząca z pyska zwierzęcia oblepiała jej koszulkę.
            Nie wiedząc jak poradzić sobie w takiej sytuacji, w momencie gdy drapieżnik znowu rzucił się w ich stronę, po prostu zasłonił się rękami odpychając jego pysk. Pamiętał, jak któryś prezenter robił to kiedyś z rekinami, w szkole przetrwania.
            Krzycząca Dominica i charkoczące dźwięki dochodzące z gardła zwierzęcia mieszały mu się w jeden dźwięk. Kojoto-szakal w furii znowu skoczył i nagle znalazł się na leżącym Jaredzie, który  uniósł  ręce w jego stronę, z całej siły nie pozwalając mu dostać się do swojego gardła. Zwierzę poruszało się chaotycznie i nieprzewidywalnie. Jared widział jak białka kojota wychodzą z oczodołów, gdy ten próbuje rozszarpać jego twarz.
            Nagle zwierzę znikło z pola widzenia, a on usłyszał skomlący pisk. Zobaczył nad swoją głową Petera, który niczym miecz, trzymał w ręku pogrzebacz. Nie miał pojęcia skąd go wziął, ale czując, że nie jest to teraz najważniejsza kwestia, przyjął jego rękę i wstał.
            Kojot leżał pod ścianą hotelu, jednak już zbierał się na nogi, więc Jared nie tracąc czasu podniósł do pionu Dominicę. Dziewczyna w szoku, nawet nie płakała, chociaż z jej gardła wydobywało się coś, co mogło być szlochem. Złapał ją w pasie i zawlókł do samochodu.
            Dokładnie w momencie, gdy Peter odrzucił pogrzebacz i zatrzasnął drzwi kierowcy, rozwścieczone zwierzę uderzyło pyskiem w samochód. Zachowywało się jakby chciało przegryźć stal, brudząc wszystko wokół pianą.
            – To szakal! – sapnęła Dominica.
            – Szakali nie ma w tych lasach!
            – Jemu to powiedz! – krzyknął Peter, odpalając samochód. – Dlaczego wszyscy tak nienawidzą mojego auta?!
            Peter ruszył i szakal szybko został z tyłu, jednak nie poddając się biegł za nimi. Jego łapy uderzały o ziemię nieskoordynowanie, zupełnie inaczej niż Jared widział na filmach przyrodniczych. Wyglądał jakby miał się zaraz przewrócić, nawet na płaskiej drodze. Jared odwrócił wzrok.
            – Peter! Brama!
            Chłopak został zmuszony gwałtownie zahamować, kiedy im oczom ukazała się zamknięta również wykonana z drewna przeszkoda. Na niej również wisiał szyld hotelu, a po obu stronach rozciągał się gęsty las.
            – Szlag, szlag, szlag, to był zły pomysł – wymruczał Peter. – Co teraz?
            – Nie możesz przejechać naokoło?
            – Co?! To nie terenówka!
            Huk strzału wdarł się do ich uszu. Cała trójka spojrzała przed siebie.
            Postrzelony szakal, czołgał się w ich stronę już tylko za pomocą dwóch łap. Jego bok krwawił obficie, jednak on ignorował to i z chorą zawziętością odpychał się od ziemi. Jakby najważniejszą rzeczą jaką miał zrobić to dotarcie do nich i zabicie. Cały jego pysk wypełniało szaleństwo.
            W końcu głowa szakala opadła, a w polu widzenia pojawiła się jakaś postać, u boku której wisiała strzelba.
Jaredowi dreszcz przeszedł po plecach, jednak nie zastanawiając się długo, wyskoczył z samochodu i pobiegł w stronę przybysza. Usłyszał za sobą krzyk Petera i wiedział, że gdy tylko dostanie się w jego łapy, zostanie wyzwany od idiotów, ale nie dbał o to.
            Jared obserwował jak mężczyzna kuca przy szakalu i strzelbą wpycha pod jego głowę jakiś sznurek. Chłopak przełknął ślinę. Pysk szakala był oblepiony w szarej pianie, a jego oczy były otwarte i mimo że martwe, patrzyły na niego dalej z tą samą wściekłością. Zauważył, że zwierzę na pewno nie mogło być zdrowe. Jego sierść była prawie szara, a grzbiet prawie całkowicie łysy. Szakal miał pokaleczone uszy i jakby… ucięty fragment ogona?
            – Kim pan jest? – spytał Jared, odwracając wzrok od zwierzęcia.
            Szare tęczówki mężczyzny spojrzały na niego. Wyglądał na poważnego człowieka przed sześćdziesiątką, a jego włosy zdążyły już posiwieć. Krótki zarost widniał na pokrytej zmarszczkami twarzy, a lewe oko mężczyzny wyglądało jak zapuchnięte.
            – Aktualnie, myśliwym szakali – odpowiedział, zawiązując nad drapieżnikiem dwa końce sznurka.
            – To prawda? To są szakale? – spytał Jared, nie przedstawiając się. Mężczyzna podniósł zwierzę za sznurek, dzięki czemu nie musiał dotykać skażonych pianą fragmentów ciała. – To znaczy… Myślałem, że to zwierzęta pustynne.
            – Najwyraźniej upodobały sobie lasy – odparł mężczyzna, głębokim głosem. – I stada. Aż dziwne, że spotkaliśmy tylko jednego.
            – Jared! – usłyszał pisk Dominici. Odwrócił się i zobaczył ją jak stała opierając się o samochód. Peter mówił coś do niej, ale tego nie dosłyszał.
            – On ma wściekliznę? – spytał szybko Jared. – Ta piana…
            – To gorsze niż wścieklizna – powiedział mężczyzna, potrząsając zdobyczą. – Zabierz koleżankę do szpitala – powiedział i odwrócił się by odejść.
            Jared rozszerzył oczy.
            – Czekaj! – krzyknął za mężczyzną. Po chwili warknął i podbiegł do Petera i Dominici. – Szlag, szlag, szlag…
            – A żebyś wiedział – dodał Peter. – Ona się zaraz wykrwawi na moim siedzeniu!
            Jared zignorował go, łapiąc Dominicę za rękę i poczuł jak coś zmraża mu wnętrzności. Ramię dziewczyny było niemal w całości pokryte krwią, przez którą mógł zobaczyć rozerwaną skórę, jakieś ścięgna, żyły i większość tego, co miał okazję zobaczyć jedynie w podręcznikach od biologii. Poczuł mdłości, tym bardziej, że Dominica wyglądała, jakby nawet nie poczuła tego, że ją dotyka.
            – Zawieź ją do szpitala – powiedział, pomagając dziewczynie wsiąść do samochodu.
            – Nie mów, że tu zostajesz! – syknął Peter.
            – Wróć po mnie, gdy zadzwonię, okej? Powiem mojej mamie, że śpię u ciebie jak coś. – powiedział, spoglądając za odchodzącym mężczyzną. – Jedź już!
            – Żartujesz? Nie zostawię cię w tym lesie!
            – Trzeba jej pomóc, ten facet powiedział…
            – Idziesz ze mną!
            – Ona potrzebuje pomocy!
            – Ty może też będziesz potrzebował!
            – Jedź!
            Peter zacisnął zęby i otworzył drzwi od kierowcy.
            – Jesteś idiotą – syknął wściekle. Jared odwrócił się i nie patrzył jak odjeżdża. Czuł się beznadziejnie, może nawet gorzej. Dominica została zaatakowana, ponieważ przyjechała tutaj z nimi. Miał nadzieję, że dziewczyna jest w zbyt wielkim szoku, żeby czuć pełny ból. Najważniejsze było to, żeby nie wdało się zakażenie. Cholera, czy powinni opatrzyć ranę? Jak mógł o tym wcześniej nie pomyśleć!
            Jared potrząsnął głową, wykrzywiając usta. Nic teraz z tym nie zrobi.
            Jego wzrok prześlizgnął się po hotelu i niemal podskoczył zauważając w oknie starą recepcjonistkę. Jej twarz wydawała się być bardziej pomarszczona niż wcześniej, gdy wpatrywała się w Jareda. Przez krótki moment wydawało mu się, że kobieta coś powiedziała, jednak w tej samej chwili firanka opadła, zasłaniając ją całą. Jaredem wstrząsnął dreszcz.
            Dobiegł do mężczyzny, który kierował się zupełnie w inną stronę niż hotel, powoli znikając za drzewami. W dłoni dalej trzymał sznurek z zawieszonym szakalem.
            – Proszę pana! – krzyknął, zatrzymując mężczyznę. – Co miał pan na myśli, mówiąc że „to gorsze niż wścieklizna”?
            Zanim zdążył spojrzeć na jego twarz, coś zostało mu brutalnie wepchnięte w dłonie. Jared poczuł chłód twardej stali i z zaskoczeniem stwierdził, że trzyma w rękach nóż myśliwski.
            – Może być ich więcej – powiedział mężczyzna.
            Jared rozejrzał się dookoła z niepokojem stwierdzając, że wchodzą coraz głębiej w las. Przejechał palcem po ostrzu, zauważając, że w razie ewentualnego ataku, kompletnie nie wie, co z tą bronią zrobić. Oprócz machania na oślep, oczywiście.
            – Dlaczego są tu szakale? – spytał, znowu podbiegając kilka kroków.
            – Same nie przyszły – odpowiedział mężczyzna. Podniósł strzelbę wyżej i powoli wkroczył do lasu. – Ktoś je tu przegonił.
            – Kto?
            Myśliwy nie kłopotał się odpowiedzią. Jared zacisnął palce na nożu.
            –Dokąd idziemy? – zadał kolejne pytanie. Czuł się w tym momencie jak zagubiony chłopczyk i wiedział, że musi teraz wyglądać żałośnie, ale zepchnął to uczucie w odmęty swojej czaszki.
            – Ja idę do domu. Ty też powinieneś wracać do swojego.
            – Szukam dziewczyny – powiedział szybko Jared.
            – Nie do mnie z tą ofertą – powiedział cierpko mężczyzna.
            Jared zmarszczył nos, patrząc na to jak towarzysz się z niego naigrywa.
            – To moja kuzynka – nie pozwolił, żeby jakkolwiek zostało to skomentowane i kontynuował. – Zaginęła paręnaście dni temu.
            – W lesie jej raczej nie znajdziesz.
            – Była zameldowana w tym hotelu – ciągnął Jared i machnął ręką w stronę budynku. – Chciałbym wiedzieć, czy ją pan widział.
            Mężczyzna uniósł brew.
            – Blondynka, ma prawie złoty odcień włosów – kontynuował szybko. – Piętnaście lat, niebieskie oczy i średni wzrost. Ma dwa pieprzyki pod okiem i uczulenie na orzechy – mówił, ale jego rozmówca jedynie wzruszył ramionami.
            – Chłopcze, wracaj do hotelu i poczekaj, aż ten twój blady kolega cię zawiezie do domu – powiedział beznamiętnie. Przez głowę Jareda przemknęła myśl, czy Peterowi spodobało by się przezwisko „blady”…
            – Mam jej zdjęcie – nie ustąpił, grzebiąc w kieszeniach. Po chwili podał fotografię mężczyźnie.
            I w końcu na jego twarzy pojawiła się jakaś emocja. Niezbyt duża, zwykłe drgnięcie mięśni znajdujących się przy oczach, jednak Jared wiedział, że w tym momencie on wygrał.
            Jednak gdy starszy mężczyzna się odezwał, po ciałem Jareda wstrząsnął dreszcz.
            – Chodź ze mną – powiedział krótko. Jared spojrzał na niego dziwnie, jednak myśliwy już szedł przed siebie, więc i on ruszył za nim. Zastanowił się, co powie o tym Peter? Pchał się do obcego domu, zbudowanego w lesie. Jak za złość przypomniały mu się właśnie wszystkie horrory, jakie zdążył obejrzeć w swoim krótkim szesnastoletnim życiu, a nawet historia o babie Jadze. Jego wyobraźnia naprawdę musiała go nienawidzić.
            A jednak udało się. Mężczyzna widział już kiedyś Cassidy, a to oznaczało, że może wiedział gdzie się znajduje! Do Jareda dopiero zaczynało to docierać, a jego nogi wydawały się jak z waty. Przyjechał tu z myślą, że znajdzie kuzynkę i był tego tak pewny, że aż… aż sam w to zwątpił. Chodź ze mną. Bez żadnych wyjaśnień, a jednocześnie to zdanie mówiło tak wiele.
            Mimo zimnego wieczoru, poczuł jak przyjemne ciepło rozlewa się po jego klatce piersiowej. Cassidy! On będzie tym który sprowadzi ją do domu!
            Nowo nabyta ekscytacja przygasła w momencie, w którym myśliwy zniknął mu z oczu.
– Proszę pana? – zapytał cicho, rozglądając się. Las był pogrążony w nieprzeniknionej ciemności.
            – Proszę pana! – zawołał, jednak nie zdążył dokończyć całkowicie ostatniej sylaby, a coś szorstkiego zasłoniło mu usta.
            – Zamknij się! – syknął mężczyzna rozglądając się. – Strzał mógł je tu zwabić.
            Jared domyślił się, że mówi o szakalach i przez resztę drogi nie odezwał się.
Sama droga mu tego nie ułatwiała, gdyż musiał przeciskać się między drzewami, wpadać w błotniste kałuże, gęste cierniowe krzaki, a co za tym idzie wiele obrzydliwych robali. Mimo wszystko cieszył się, że miał na sobie ciemne bojówki. W końcu był to mocniejszy materiał niż dżinsy, które pewnie natychmiast by się rozpruły, a brud był widoczny dwa razymocniej. Przed oczami miał wizję tego co się z nim stanie, gdy odda matce takie spodnie do prania.
            Jednak nie były to jedyne przerażające wyobrażenia. Za każdym razem gdy usłyszał jakiś szelest, dochodzący zza jego pleców, jego mózg podsyłał mu obrazy zmutowanych potworów, brzydkich psychopatów z piłami mechanicznymi (dzięki Peter!) i paskudnych zombie. Żałował, że nie wziął ze sobą pogrzebacza, który odrzucił jego przyjaciel. Była to zdecydowanie dłuższa broń od noża myśliwskiego. Może nie groźniejsza, jednak w tym momencie Jared wolał trzymać się z dala od ewentualnych przeciwników, niż z nimi walczyć.
            Już miał zamiar otworzyć usta i zapytać o coś mężczyznę, ale w tej chwili jego oczom ukazała się sporych rozmiarów polana. Zmrużył oczy, starając się dopatrzeć zamazanego kształtu w oddali. Dopiero gdy podeszli bliżej, okazało się, że w rogu polany stał dom – a właściwie spora chata.
            Mężczyzna wepchnął go bezceremonialnie do środka i zatrzasnął drzwi. Jared tylko przez chwilę stał sparaliżowany.
            – Hej! – uderzył pięścią w drewno. – Co robisz?!
            – Siedź cicho! – syknął mężczyzna po drugiej stronie.
            – Wypuść mnie! – warknął Jared. – Zadzwonię na…
            – Zaraz wracam, dzieciaku – usłyszał zza drzwi. – Do tego czasu masz się nie odzywać!
            Jared zaklął i odsunął się. Przez chwilę słyszał charakterystyczne szuranie butów o ziemię, a potem szarpnął drzwiami, jednak te ani drgnęły. Spróbował jeszcze raz, tym razem opierając na nich cały ciężar ciała, mimo to efekt był podobny. Obrażony odwrócił się do nich plecami.
            W innych okolicznościach mógłby nazwać chatę przytulną. Po lewej stronie było coś na kształt kuchni, tylko zamiast zlewu, stał wielki baniak pełen wody. Tuż obok, można było zobaczyć dziurę w ścianie, prowadzącą na wylot kominka – zapewne udawał piec. Z kolei kominek patrzył na ładnie urządzony salon, pełen skór, którymi były obite meble. Wysoki, zagracony stół stał przy starej kanapie, na której mogłaby się pomieścić czwórka ludzi. Jared poczuł się irytująco mały.
            Na szafkach koło kominka leżały wysuszone grzyby, a kilka sznurów wisiało  pod sufitem. Przesunął wzrokiem po również ususzonych owocach, jakiś drobiazgach typowych do salonu, a później usiadł na kanapie. Mimo że dotyk gładkiego futra, które zostało położone tu zamiast obicia, było przyjemne, to świadomość z czego to futro jest zrobione, lekko zniechęcała.
            Tak czy siak, Jared nie mógł się powstrzymać od głaskania z podziwem delikatnej sierści, poczuł nawet żal, że tak piękne zwierzę jest tak nieokiełznane. Przesuwał palcami po czarnym wzorze, gdy jego dłoń trafiła na coś twardego. Spiął się, ale podniósł przyrząd w górę.
            W jego rękach, dokładnie przed twarzą spoczywała kusza myśliwska. Jared z wrażenia wypuścił nóż, który miał zaciśnięty w lewej ręce i zaczął się przyglądać broni.
            Całość mierzyła około trzydziestu centymetrów, jednak waga nie była uciążliwa. Na przodzie kuszy wystawała załadowana strzała, naciągnięta standardowym łukiem. U góry znajdował się celownik, dzięki któremu lepiej można było nakierować strzał, a na dole znajdował się kawał drewna, przy którym umocowany był spust. Jared podniósł ją jedną ręką. Teraz tego nie czuł, jednak podejrzewał, że bieganie z czymś takim dłuższy czas może być bolesne w konsekwencjach.
            Teraz jednak zafascynowany wcelowywał w różne przedmioty w chacie, udając jak małe dziecko, że strzela. Całą zabawę przerwało mu wibrowanie komórki, jednak pewny, że to Peter, nie spojrzał nawet na ekran.
            – I jak z Dominicą? Dotarliście? – spytał, w dalszym ciągu przypatrując się kuszy.
            Jednak cisza po drugiej stronie słuchawki ciągnęła się, a jedyne co słyszał Jared to czyjś świszczący oddech.
            – Hej, stary? Wszystko w porządku?
            – Jared? – usłyszał cichy, kobiecy głos.
            Zacisnął palce na kuszy, nieświadomy tego, jak gwałtownie wyprostował plecy. Poczuł jakby ktoś wylał mu na głowę wiadro lodowatej wody.
            – Cassidy – sapnął i poczuł jakby stracił na chwilę wzrok. Potrząsnął głową otrząsając się.
            – Jared? Jared słyszysz m-mnie? – szepnęła dziewczyna.
            – Gdzie jesteś? – spytał, starając się nie brzmieć gwałtownie.
            – Jared, pomóż m-mi – jęknęła Cassidy. – Tu jest zimno, błagam, zabierz mnie stąd…
            Jared zacisnął zęby.
            – Cassidy, skup się – rozkazał stanowczo. – Gdzie jesteś?
            – Nie wiem – wyszeptała. – Nie w-wiem, zimno…
            – Powiedz mi co widzisz – czuł jak jego serce przyśpiesza z każdym usłyszanym słowem. – Nie mogę ci pomóc, jeśli nie będę wiedział gdzie teraz jesteś.
            – Tu jest c-ciemno. I zimno, nic nie widzę – Jared usłyszał jej urywany oddech. – Zabierz mnie stąd! – poprosiła tym samym ledwo słyszalnym głosem.
            – Co pamiętasz? Jakieś charakterystyczne miejsca, budowle? Zanim znalazłaś się tam gdzie jesteś.
            – To… nie wiem. Chyba wiatrak. Taki w-wielki, nieruchomy.
            Jared poczuł się zdezorientowany. Wiatrak?
            – Szczegóły, Cassidy. Jak najwięcej – poprosił gorliwie.
            – J-ja nie wiem – załkała dziewczyna. – Moja bateria, o-ona się za chwilę wyczerpie… Jared, tu jest ciemno, b-błagam, pomóż mi.
            Jared zacisnął pięści.
            – Cassidy, dlaczego szepczesz?
            W telefonie zaległa na chwilę cisza, w ciągu której Jaredowi zamarło serce.
            – Ponieważ myślę, że ktoś tutaj jest.
            Miał wrażenie, że zapomniał jak się oddycha. Nieobecnym wzrokiem przesunął po chacie i czuł, jakby miał zaraz zwymiotować.
            – To Caduto – wyszeptała Cassidy. – Jared, muszę…
            I w tym momencie usłyszał sygnał przerwanego połączenia. Wpatrywał się tępo w ekran, zanim w pełni to do niego dotarło.
            – Cassidy? – szepnął.
            Na telefonie już pojawiła się jego tapeta i mimo że wiedział, że to bez sensu krzyknął jeszcze raz.
            – Cassidy! – jednak to oczywiście nic nie dało, a komórka spoczywała w jego ręce niczym martwa. Chaotycznie wybrał poprzedni numer i zadzwonił, jednak nikt nie odebrał. Zrobił to jeszcze raz, znowu bezskutecznie. Zrozpaczony próbował dodzwonić się jeszcze przez następne parę minut, jednak za każdym razem słyszał automatyczną sekretarkę.
            Jared zaklął, uderzając telefonem w kanapę.