piątek, 30 maja 2014

Rozdział 3 - Hotel Martwych Zwierząt


Dziękuje bardzo za pozytywne komentarze, naprawdę cieszę się, że blog się podoba! Życzę spóźnione wszystkiego najlepszego dla matek i za wczesne pozdrowienia dla wszystkich dzieci. Niech wam się ziści co tam w duszy chcecie :)
A teraz zapraszam do czytania!




Za pięćdziesiąt metrów skręć w prawo.
            – Tu nie ma skrętu w prawo, ty ułomny androidzie! 
            Jared zachichotał pod nosem.
            – Nie potrafisz już sobie poradzić z głupim GPS-em? – mruknął, rozwalając się wygodnie na siedzeniu. Peter spojrzał na niego, a gdyby wzrok mógłby zabijać, Jared padłby martwy.
– I tak masz żałośnie wielkie szczęście, że masz kumpla mechanika – warknął, po raz setny blondyn.
Jared był zadowolony. Granatowy Citroën jechał gładko i bynajmniej z czterema nieprzedziurawionymi oponami. Dominica siedziała na tylnym siedzeniu i mimo że nie odzywała się zbyt wiele, nie robiła przynajmniej złośliwych uwag Peterowi. Dzień był słoneczny, śnieg topniał, a oni jechali po Cassidy. Czuł się całkiem szczęśliwy.
– Myślałem że raczej chciałbyś to przypasować do swoich zalet – uśmiechnął się, opierając głowę o szybę.
– Nie podlizuj się – syknął Peter ostrzegawczo. Jared wyszczerzył zęby w odpowiedzi. Kierowca wbił wzrok w jezdnie.
Skręć w prawo.
– Ciekawe gdzie!
– To jest ta strona przeciwległa do lewej – rzuciła Dominica. – Kto ci dał prawo jazdy? Fryzjer czy bibliotekarz? – prychnęła.
Może Jared pośpieszył się z tym nie robieniem złośliwych uwag. Powinien wiedzieć, że dziewczyna nie odpuści Peterowi nawet siedząc w jego aucie.
– Ten sam fryzjer, który pozwolił żeby takie pomarańczowe gniazdo chodziło po mieście. Błagam, w pierwszym lepszym supermarkecie znajdziesz dobry grzebień, ot cała filozofia.
Można powiedzieć, że Dominica i Peter, lekko za sobą nie przepadali. Blondyn przyjaźnił się z szesnastoletnim Jaredem, jednak ruda czternastolatka była dla niego już tylko denerwującym bachorem. Z drugiej strony na co dzień inteligentna Dominica, przy Peterze zachowywała się, jakby pozjadała wszystkie rozumy.
– Co ty wiesz o fryzjerstwie, ty tleniony szczurze?
– Na pewno więcej, niż taka obleśna wiewiórka.
Dominica poruszyła się niespokojnie.
– Nazwałeś mnie brzydką? – warknęła, rzucając mu groźne spojrzenie.
Jared wywrócił oczami i odwrócił twarz w stronę szyby. Dominica zdecydowanie zbyt łatwo dawała się wyprowadzić z równowagi.
– Mało urodziwą, owszem – odparł Peter, zerkając chłodno we wsteczne lusterko.
Dominica zachłysnęła się powietrzem.
– Odwołaj to, tępa gnido! – jej policzki zapłonęły, niemal zlewając się z kolorem włosów.
Po chwili Jared miał okazję usłyszeć mało elokwentną wiązankę przekleństw wychodzących na przemiennie z ust Petera i Dominici. Dziewczyna wyciągnęła się do przodu chcąc uderzyć blondyna, jednak ten odsunął się tak, że mogła złapać tylko jego koszulę i pociągnęła go. Peter szarpnął kierownicą, przez co samochód skręcił gwałtownie, niemal wpadając do rowu, jednak szybko powrócił na miejsce. Dominica krzyknęła.
– Co ty robisz?! – warknęła, łapiąc zagłówek kierowcy.
– Hej, młoda – powiedział Jared chwytając ją za rękę. – Uspokój się i błagam, nie zbliżaj się do osoby, która może nas zabić, jeśli się odpowiednio rozpędzi.
Peter uśmiechnął się iście po diabelsku.
Dominica wydęła wargi, ale usiadła z powrotem na tyle auta. Patrzyła na Jareda bardzo nieprzyjemnym wzrokiem,  w tym momencie wyglądała naprawdę jak obrażone dziecko.
– On też wtedy zginie – powiedziała, a jej twarz nieco złagodniała.
– Martwi mnie ten wydźwięk satysfakcji w twoim głosie – odparł Peter mrużąc oczy.
Dominica w odpowiedzi uśmiechnęła się niewinnie. Reszta podróży minęła w miarę spokojnie, Jared rozbudził się wystarczająco, żeby nie zasnąć w samochodzie. No i znaleźli w końcu skręt w prawo.
– Jesteś pewny, że chcemy wejść do domu pełnego martwych kojotów? – spytał z powątpiewaniem Peter, gdy zaparkowali pod hotelem.
Budynek znajdował się tuż obok wysokiej ściany lasu. Wykończenie dachu wyglądało na drewniane, tak samo jak ściany, podjazd i właściwie wszystko inne w okolicy. Jaredowi nieprzyjemnie kojarzyło się ze starymi domami, które w każdej chwili mogą się zawalić.
– Martwe już ci raczej nic nie zrobią – wzruszył ramionami Jared. – Przynajmniej jest jeszcze jasno.
– Właśnie – powiedział Peter, wyciągając kluczyki ze stacyjki. – Dlatego idziemy tam, zanim się ściemni.
Droga do hotelu była wyściełana kawałkami kory i trocinami, co nadawało wszystkiemu bardzo leśnego wizerunku. Dominica szła blisko Jareda, wyraźnie nie chcąc jakkolwiek integrować się z Peterem. Po chwili Jared zobaczył szyld z napisem „Rossemburg” i namalowanym czarną farbą symbolem, który widział już na medalionie. Pod spodem wisiała wielka zwierzęca czaszka.
Cichy niepokój zrodził się gdzieś w tyle głowy Jareda. Przyjechał tu z myślą, że wrócą razem z Cassidy. Tylko czy istniała szansa, że policja nie sprawdziła tego hotelu? Nawet jeśli, to oznaczałoby że Cassidy nie została porwana i cały czas przebywała tutaj. Czyli nie chciała wrócić, mimo tych wszystkich wiadomości wysyłanych przez media.
Z mieszanymi uczuciami przeszedł przez próg i znalazł się w pomieszczeniu które widział na zdjęciu. Uderzył w niego nieprzyjemny zapach stęchlizny i wilgoci. Naprzeciwko nich stało biurko robiące za recepcję, a jego kolor zlewał się z wyłożoną panelami podłogą. W kącie, naprzeciwko biurka, leżał zielony dywan, a na nim stał jakiś stolik i parę krzeseł, po których ktoś porozrzucał ulotki. Z boku były widoczne, również drewniane schody, prowadzące pewnie do pokoi.
Na każdej ścianie wisiało trofeum. Dosłownie. Dokładnie przed nimi mógł zobaczyć trzy spore głowy kojotów, a pod nimi jakąś złotą tabliczkę. Po ich lewej stronie wisiały dwa niemal identyczne trofea, po prawej mogli podziwiać wypchaną głowę i czaszkę kojota.
Stara recepcjonistka podniosła na nich wzrok, a Jared poczuł jak po jego plecach przebiega dreszcz. Kobieta miała srogie, świdrujące spojrzenie, spotęgowane dodatkowo przez srebrne oprawki, które trzymały jej się na nosie. Jej pomarszczona twarz wykrzywiła się w grymasie, który prawdopodobnie miał być uśmiechem, jednak Jared nie mógł dojrzeć w nim grama serdeczności. Bardziej chłodny wymóg, z jakim radziły sobie stewardesy.
Recepcjonistka rzuciła im oceniające spojrzenie, a Jared mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądają. Peter z brudnymi od jakiejś samochodowej mazi rękami i takimi samymi wytartymi dżinsami, stał arogancko opierając się o framugę. Dominica z mocno zakręconymi rudymi włosami, skupiała się właśnie na czaszce kojota i zafascynowana chciała zrobić jej zdjęcie. On sam stał na środku i gapił się na recepcjonistkę.
Czym prędzej wyciągnął ręce z kieszeni. Cóż, pierwsze wrażenie lekko im nie wyszło.
– Dzień dobry – zaczął uprzejmie, podchodząc do biurka. Kobieta gryzła długopis, obserwując go obojętnie. Szare, rzadkie włosy opadały jej na twarz. – Jakiś czas temu zaginęła dziewczyna. Bardzo prawdopodobne, że się tu zatrzymała.
Recepcjonistka nie zareagowała. Właściwie to nie dała żadnego znaku, mówiącego o tym, że go usłyszała, a Jared nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że spała z otwartymi oczami.
– Nazywa się Cassidy Blake – kontynuował. – Blondynka, piętnaście lat…
– Nie udzielamy  informacji na temat naszych klientów – odezwała się ochrypłym głosem kobieta.
Jared przeniósł wzrok na Petera, jednak ten nie odwzajemnił spojrzenia. Wpatrywał się w kobietę, a jego wyraz twarzy świadczył o czymś, co mogło być mieszanką obrzydzenia jak i pogardy.
– Oczywiście, rozumiem to – powiedział Jared, z powrotem koncentrując się na kobiecie. – Chcieliśmy tylko zapytać, czy taka osoba w ogóle tutaj przebywa…
– Jak wam tak zależy to sami sobie sprawdźcie – odparła recepcjonistka. Gdy mówiła, jednocześnie gryząc długopis, strużka śliny pociekła jej po brodzie. Jared ledwo powstrzymał się od skrzywienia, choć w jego gardle narastał odruch wymiotny. W pomieszczeniu śmierdzącym stęchlizną, było to dwa razy bardziej obrzydliwe.
– Dziękuję – powiedział, odwracając wzrok i pociągnął Petera za ramię, w stronę schodów. Nie zdążyli wejść na pierwszy stopień, kiedy kobieta krzyknęła za nimi.
– Gdzie? Wynocha! – zawołała swoim skrzekliwym głosem. – Wstęp tylko dla noclegowiczów!
– Zaraz stąd pójdziemy – odezwała się Dominica.
– To wbrew regulaminowi. Zawołam ochronę!
– Przed chwilą kazałaś nam samym sprawdzić – warknął Peter, wywracając oczami.
– Ta dziewczyna zaginęła – zaczął Jared. – Istnieje szansa, że się tu zatrzymała. Proszę, my tylko…
– Wstęp udostępniamy tylko naszym klientom – prychnęła kobieta.
– To zajmie tylko chwilę – uśmiechnął się Jared, mając nadzieję, że ją to choć trochę złagodzi.
Kobieta podniosła się z krzesła i założyła ręce na piersi.
– Wstęp tylko dla noclegowiczów – wysyczała przez zęby.
– Za chwilę pójdziemy i nigdy więcej nas pani nie zobaczy! – krzyknęła Dominica. Jared położył jej rękę, na ramieniu, ale szybko ją strąciła. – Chcemy tylko sprawdzić!
– Nie podnoś na mnie głosu, głupie dziecko! – odparła szorstko kobieta. Długopis wypadł jej z ust. – Wynoście się stąd! Wstęp tylko dla noclegowiczów!
– Jared, dlaczego nie możemy po prostu tam wejść? – spytał Peter, unosząc brew.
– Ani mi się waż! – krzyknęła kobieta i nacisnęła coś pod stołem. – Tylko noclegowicze!
– Jesteś pewna? – Peter posłał jej drwiący uśmiech. – No to patrz.
Zaczął wspinać się po schodach, beztrosko odwracając się do recepcjonistki.
– Peter! – warknął Jared.
– Cassidy! – zawołał chłopak, stojąc na półpiętrze. Kobieta była cała czerwona ze złości. – Chodź tu, bo jakaś tępa baba nie chce nas tam wpuścić!
– Wstęp udostępniamy jedynie noclegowiczom! – wydarła się kobieta.
– Co się tu dzieje?
Potężny mężczyzna pojawił się w drzwiach, kawałek za recepcją. Kilka czarnych włosów zdobiło jego prawie łysą głowę, a ubrany był w ciuchy podkreślające tylko, że nie warto z nim zadzierać. Tak jak kobieta siedząca obok, nie był najmłodszy jednak na pewno nie był najsłabszy. Spojrzał na Jareda i Dominicę, po czym przeniósł zdenerwowany wzrok na Petera.
– Hej, dzieciaku! – krzyknął, wskazując na chłopaka. – Nie wiem, czy jesteś głuchy, czy po prostu głupi, ale złaź stamtąd!
– Dopóki nie znajdziemy koleżanki, dzięki, ale zostanę – warknął Peter.
Jared poczuł jak coś mu się przewraca w żołądku. Wiedział kiedy jego przyjaciel używa tego tonu i mógł podejrzewać co się może zaraz stać. Tym bardziej, że widział jak ręce Petera spięły się, przygotowując na ewentualny atak.
– Wynocha! – warknął, pokazując drzwi.
Peter w odpowiedzi uśmiechnął się ironicznie.
– Zepchnę cię z tych schodów jeśli będę musiał – ostrzegł mężczyzna.
– Śmiało.
Serce Jareda zamarło, gdy rosły facet zacisnął pięści i zrobił krok w ich stronę. Nie namyślając się długo, on sam podszedł bliżej.
– Chcemy wynająć pokój! Jeden nocleg!  – krzyknął w stronę recepcjonistki. Peter zmarszczył brwi.
– Jared…
– Chodź tu! – warknął chłopak, przeszukując kieszenie.
Mężczyzna patrzył chwilę na nich dziwnym wzrokiem, jednak odsunął się na bok i założył ręce na piersi. Jared podejrzewał, że zamierza tu na wszelki wypadek zostać.
– Co ty robisz? – szepnął Peter.
– Co ty robisz? – syknął Jared. – Dla twojej wiadomości tylko ty tutaj potrafisz prowadzić samochód, a powrót do domu może być mega trudny, jeśli ty będziesz leżał w szpitalu!
Peter prychnął.
– Bez przesady, miej trochę wiary we mnie.
– Racja. Martwi również nie mogą prowadzić. A teraz – westchnął Jared, ignorując ponure spojrzenie. – Mam tylko piętnaście dolców.
Peter wyglądał przez chwilę, jakby rozważał, czy udusić go gołymi rękami, czy zabić go jakoś boleśniej. W końcu wyciągnął portfel.
– Za jakie grzechy? – szepnął, przeliczając pieniądze. – Co ja takiego złego zrobiłem, że musiałem cię spotkać na swojej drodze?
Jared uśmiechnął się przepraszająco i ruszył w stronę recepcjonistki.
– Ciebie też to czeka – warknął Peter w stronę Dominici. – Poczekaj aż zaczniesz zarabiać i będziesz mieć własne auto.
Jared podał pieniądze kobiecie, która już spisywała ich nazwiska. Zerknął na wielki dziennik w którym zapisani byli goście i dojrzał znajome nazwisko.
Zmrużył oczy.
– Ona dalej tu jest? Tutaj, w tym hotelu?
Kobieta zakryła ręką listę i spojrzała na Jareda. Na jej usta wkradł się obrzydliwy, drwiący uśmiech, przez co jej pomarszczona twarz wykrzywiła się jeszcze bardziej.
– Wstęp tylko dla noclegowiczów – powiedziała, a jej słowa opływały drwiną i satysfakcją. Schowała pieniądze i skinęła dłonią w stronę schodów – Proszę się rozgościć.

۞

Jared zacisnął pięści, bezradnie siedząc na łóżku. Właśnie to wypełniało go od środka – gniew i bezradność. Razem z Peterem i Dominicą spędzili prawie pół godziny na przeszukiwaniu hotelu, by w końcu dowiedzieć się, że są jedynymi gośćmi w całym budynku.
            Cała radość, ekscytacja, pewność, że wróci z Cassidy do domu, zgasła w jednym momencie jak świeca. Ich ostatnia teoria przepadła, nie mieli pojęcia gdzie dziewczyna się znajduje. Sabina i Chris są skazani na tęsknotę, a on będzie się już zawsze czuł jak przegrany.
            Bo nie udało mu się jej znaleźć. To aż śmieszne, przecież całkiem niedawno był zły na Cassidy za to że uciekła, życzył jej jak najgorzej, ponieważ ona „zniszczyła mu ferie”. A później obrał sobie za cel znalezienie jej, tylko po to, żeby utrzeć nosa Sabinie i policji. Jak naiwny musiał być, żeby tak pomyśleć?
            A jednak, gdy znaleźli medalion, Jared naprawdę zaczął wierzyć, że znowu zobaczy kuzynkę. I że to on ją znajdzie, ponieważ znalazł coś o czym nie wiedziała policja.
            I okazało się, że to ślepy zaułek. Głupia nadzieja, jak zawsze.
            – Była tu – powiedział szeptem, zaciskając powieki. – Widziałem jej imię na liście.
            Peter, oparty o ścianę z założonymi rękami, nie odzywał się za wiele. Wyglądał jakby i on był zawiedziony, mimo że nawet nie znał Cassidy. Bądź co bądź, jego najlepszy przyjaciel chciał ją odnaleźć, więc automatycznie to również stało się jego celem.
            – Powinniśmy o tym komuś powiedzieć? – spytał cicho Peter.
            Jared wbił wzrok w swoje dłonie.
            – Nie – odparł. – To i tak już bez sensu, nie ma co robić nadziei jej rodzicom.
            Po drugiej stronie pokoju, w pomarańczowym fotelu, siedziała Dominica. Jej kolor włosów zlewał się z fotelem, co w innych okolicznościach mogłoby być zabawne. Ze zmarszczonymi brwiami, wpatrywała się w ekran telefonu Jareda, który cudem miał tutaj Internet. Co jakiś czas rzucała zamyślone spojrzenia w stronę kojotów wiszących na ścianach. I tak wszyscy się dziwili, kto może spokojnie zasnąć w pomieszczeniu wypełnionym martwymi głowami zwierząt.
            Jared czuł się zmęczony, za to wyraz twarzy Dominici cały czas wyglądał jakby dziewczyna w kółko myślała „Co poszło nie tak?”. Jared miał nadzieję, że nie zostanie jej taki zmarszczony wyraz twarzy do końca życia, bo niechybnie zaczęłaby przypominać recepcjonistkę tego hotelu.
            Gdy Jared westchnął, mając zamiar oznajmić, że czas się zbierać, Dominica wstała gwałtownie i podbiegła do niego.
            – To nie są kojoty! – wykrzyknęła, wpychając się obok Jareda. W rękach trzymała jego telefon, a na nim wyświetlała się strona poświęcona zdjęciom drapieżników, które ich zewsząd otaczały. – To szakale!
            Peter prychnął, Jared tylko wywrócił oczami.
            – Niemożliwe. Szakale nie żyją w naszym klimacie.
            – Patrz tylko! – warknęła Dominica. – Kojot i szakal to dwa różne zwierzęta!
            Peter zerknął na zdjęcia.
            – Ja tu widzę jedynie coś co nie jest ani lisem, ani psem – stwierdził rezolutnie.
            Dominica szarpnęła telefonem w swoją stronę.
            – Nikt cię nie pytał o zdanie, ignorancie! Każde z tych zwierząt – powiedziała wskazując na zawieszone trofea. – To szakal!
            – Dominica… – zaczął błagalnym głosem Jared.
            – Zamknij się! Patrz! – krzyknęła dziewczyna, podbiegając do pobliskiej głowy drapieżnika. Jared jęknął. W jej oczach na powrót pojawiły się te irytujące blaski, świadczące o podekscytowaniu dziewczyny. Zawsze ekscytowała się, w takich momentach.
            – Widzisz ten pas odchodzący z jego głowy? – spytała, przejeżdżając palcami po zwierzęciu. – Jestem pewna, że to szakal pręgowany! Gdybyśmy mogli go zobaczyć w całości…
            – W naszym kraju nie ma szakali – powiedział spokojnie Jared.
            – Najwyraźniej są! – krzyknęła Dominica. – Pomyśl! Każde zwierzę można przewieść z jednego w miejsca w drugie! Niektórzy myśliwi przywożą własne ptaki na miejsce polowań. Czemu ktoś nie mógłby zrobić tego z szakalami?
            – Pokazywałaś tę stronę internetową, na której było napisane, że to kojoty napadły ośrodek – nie ustąpił Jared.
            – Szakala i kojota bardzo łatwo można pomylić! Kojoty są z rodziny psowatych, więc są automatycznie większe i bardziej przypominają psa. Szakal dużo bardziej przypomina lisa, jego głowa jest mała i ma mocno wyciągnięty ryjek…
            Jared potarł skronie.
            – To bez sensu, Dominica.
            Dziewczyna zrobiła się czerwona, a jej małe dłonie zacisnęły się w pięści.
            – To ma całkowity sens, a wy jesteście ślepymi idiotami! Nie zobaczylibyście rozwiązania zagadki, nawet gdyby ktoś wam ją wepchnął do nosa! – wykrzyczała Dominica. – Jestem absolutnie pewna, że to są szakale!
            – Szakali nie ma…
            – Dobra, w porządku! – krzyknął Peter. – Nawet jeśli to nie są kojoty, to co nam to da? Cassidy jak nie było, tak nie ma, a my się głowimy nad chorym hobby jakiegoś tandetnego hotelu!
            Dominica patrzyła na niego, tym razem bez złości. Jared opadł na łóżko, wpatrując się w sufit i czuł się w tym momencie czymś bardziej, niż bezużytecznym. Kojoty, wilki, szakale, psy, lisy, wilkołaki… Walić ich wszystkich. Cassidy jak nie było, tak nie ma.
            – Nie zastanawia was skąd tu się wzięło tyle pustynnych zwierząt? – spytała, ochryple Dominica. – Bo na moje oko, są ich tu tuziny, jak nie setki!
            – Mnie zastanawia, co my jeszcze robimy w jednym budynku z ludźmi, którzy mają broń i ewidentnie nas nie lubią – syknął Peter. – Zmywajmy się stąd – zaproponował.
            Peter był dziwnym człowiekiem. Swoimi wypowiedziami często sprawiał wrażenie, jakby się bał całego świata, a jednocześnie to zawsze on był pierwszy do jatki. Najlepiej z wielkimi i umięśnionymi bardziej od niego ludźmi, z dużą pewnością siebie. Jakim cudem on jeszcze żył?
            – Skoro się boisz to idź – prychnęła Dominica. Tej z kolei nic nie mogło przestraszyć, jednak gdy przychodziło co do czego, trzęsąc się biegła do Jareda.
            – Proszę bardzo. Wracaj do domu z buta.

۞

– Stójcie! – krzyknęła Dominica, zanim wsiedli do samochodu. Pociągnęła Jareda za ramię. – Wypchany szakal! Chodź!
            Pomimo słonecznych dni, wciąż trwała zima, więc noce były nieprzyzwoicie długie. Gdy wyszli z hotelu już zmierzchało, co oczywiście nikomu się nie spodobało. Peter z uśmiechem na twarzy szedł w stronę citroëna. Teraz jednak odwrócił się z jękiem, patrząc na dziewczynę.
            – Chodź! Pokażę ci, że to nie kojot!
            Rzeczywiście. Parę metrów przed nimi, stało wypchane coś podobne do lisa. Jared podejrzewał, że jego łapy są przykręcone prętami do ziemi, a całość usztywniona. Musiał przyznać, że taki podobał mu się o wiele bardziej niż ucięta głowa.
            – No chodź! – krzyknęła Dominica.
            Jared zmarszczył brwi i spojrzał na Petera.
            – Pamiętasz, żeby to tutaj wcześniej stało?
            Peter podążył za jego spojrzeniem.
            – Raczej nie – powiedział obserwując zwierzę. Jared przyjrzał się kojotowi i w jednej chwili stanęło mu serce.
            – To się ruszyło? – zapytał zdezorientowany Peter.
            – Dominica! Wracaj! – krzyknął Jared i rzucił się biegiem w stronę dziewczyny.
            Jednak zrobił to za późno i w momencie kiedy dziewczyna odwróciła się w jego stronę, podobne do lisa zwierzę skoczyło z warkotem w jej stronę.

1 komentarz: