–
Nie do końca rozumiem czemu w ogóle się z tobą zadaję – odezwał się w końcu
blondyn.
Jared zignorował go, nie przestając kopać. Peter siedział na wilgotnej ziemi, obserwując go
sceptycznie.
– Masz tą świadomość, że jesteś
idiotą?
Jared tylko wzruszył ramionami, więc
Peterowi nie zostało nic innego jak przypatrywanie się, kiedy jego przyjaciel
szamotał się z łopatą w małym dołku. Znajdowali się właśnie nad Cichym
Jeziorem, jak mówiła tabliczka stojąca parę metrów dalej. Jezioro znajdowało
się w środku lasu, przez co mało kto o nim wiedział. Było dosyć zapuszczone,
wszędzie rosła wysoka trawa, albo inne krzewy. Jared i Peter znaleźli kawałek
ziemi zasypanej piaskiem, pewnie imitującym plaże. Jared rozkopał prawie cały
ten obszar.
– Z chęcią popatrzyłbym jak brudzisz
sobie ręce – mruknął Peter. – ale wiesz, jest noc. Ciemna noc. A wiesz co się
dzieje w lesie, gdy jest taka ciemna noc?
Jared wywrócił oczami, musiał
przyznać, że nie była to najlepsza pora na wycieczkę. Jedynym źródłem światła
był latarka, którą trzymał właśnie Peter.
– Otóż oświecę cię – kontynuował
chłopak. – Wychodzą zwierzęta. A wiesz po co? Żeby polować. Bo są głodne –
Peter oparł podbródek na dłoni. – Tak się składa, że nie lubię być zjadany.
Jared westchnął, wbijając łopatę w
ziemię.
– W tej okolicy nie ma
niebezpiecznych zwierząt – powiedział Jared.
– A więc miałem rację! Jesteś
idiotą! – krzyknął z satysfakcją Peter, wyrywając dłonie do góry, przez co
Jared przez chwilę pogrążył się w ciemności. – Kretynie, nawet chomik może być
niebezpieczny jak jest głodny!
– Rzeczywiście. Przecież chomiki
mają takie ostre zęby – odparł sarkastycznie Jared.
– Śmiej się dalej, jak jakiś wilk
nagle tu przyjdzie, to zaklepuję taktykę ratuj
się kto może! Nie wrócę nawet, żeby zebrać twoje szczątki.
– Zamkniesz się w końcu?
– A nie racja. Nawet szczątki nie
zostaną.
Jared rzucił w niego garścią ziemi.
– Działasz mi na nerwy, może lepiej
ruszyłbyś swoje tyły i mi pomógł, co?
– Wygodnie mi tu – niewinny
uśmieszek wdarł się na usta Petera. – Czego ty w ogóle szukasz?
– Jak byłem mały, przychodziłem tu z
Cassidy – odpowiedział Jared.
Peter przestał jeździć palcem po
piasku i spojrzał na niego.
– I? – zapytał po chwili ciszy.
– Co i?
– Czekałem na jakąś kontynuację – prychnął
Peter. – Przychodziłeś tu z Cassidy i co?
Jared znieruchomiał na chwilę i
popatrzył na przyjaciela.
– Jeszcze nie wiem.
Peter jęknął i opadł plecami na
trawę w geście poddania. Było to niczym jedno wielkie załamanie rąk.
– Super. Naprawdę, uwielbiam być w
ciemnych, opuszczonych lasach dla samej rozrywki – mruczał Peter. –
Zamieszkałbym tu, gdybym mógł.
– Boisz się? – uśmiechnął się
drwiąco Jared.
– Tak, matole! – warknął Peter. –
Boję się, okej? Między innymi dlatego, że prawie tydzień temu zaginęła
dziewczyna i nikt nie wie czemu! Nie wiadomo czy zemdlała pod mostem, czy
zaatakowało ją dzikie zwierzę, czy zamordował ją brzydki psychopata z piłą
mechaniczną! – chłopak zacisnął pięści. – Nie lubię ciemnych lasów.
Jared patrzył tępo na Petera. Po
chwili ten poderwał gwałtownie głowę.
– Sorry, nie powinienem tego mówić –
odezwał się cicho.
Jared otrząsnął się z mocnym
wzdrygnięciem. Oblizał suche wargi.
– Nie, spoko – powrócił do kopania.
– Przepraszam – kontynuował Peter.
– Nie ma sprawy – powtórzył Jared. –
Po prostu… Mylisz się, okej? Cassidy gdzieś tam jest i ją znajdziemy. Znajdę ją
– uściślił Jared. – Nie ważne jak długo mi to zajmie, ale po prostu czuję, że
ją znajdę.
Peter kiwnął głową.
– Masz już jakiś trop?
Jared ponownie przerwał kopanie i
rzucił mu telefon.
– Wejdź w galerie – polecił
Peterowi. – Nie wiem kim on jest, ale pytał o Cassidy dwudziestego
stycznia.
Peter przyglądał się mężczyźnie na
zdjęciu z uwagą. Zmarszczył brwi i przybliżył jego twarz.
– Co? – spytał Jared. – Znasz go?
Peter kiwnął niemrawo głową.
– Był w mojej szkole. Dwa lata
starszy ode mnie.
– Jak się nazywa?
Chłopak wzruszył ramionami, nie
odrywając wzroku od zdjęcia.
– Chyba Gregory Nigel, albo coś koło
tego, ale… – Peter skrzywił się i spojrzał na Jareda. – Stary, jeśli on jest
jakkolwiek związany z Cassidy, to musimy ją jak najszybciej znaleźć.
Jared poczuł jakby coś ciężkiego
opadło mu na dno żołądka.
– Co masz na myśli?
Peter oddał mu telefon.
– Primo, ten koleś mieszka teraz w
Norwegii i jak mam być szczery, nie mam pojęcia co tutaj teraz robi. Secundo,
nie jest typem człowieka, którego zostawiłbyś z piętnastolatką. – Peter
przełknął ślinę. – Pamiętam, że dopóki był w mieście, miało miejsce strasznie
dużo afer na policji. Na pewno coś pamiętasz, najwyżej nie zwróciłeś uwagi.
Jared zacisnął zęby i poczuł jak
krew przyśpiesza mu w żyłach. Rzucił łopatą o ziemię. Jeśli Gregory Nigel pytał
o Cassidy, jak duże były szanse, że chodziło tylko o wysłanie kwiatów?
– Hej – przywołał go Peter. –
Dostawał ostrzeżenia. Równie dobrze może być teraz zwyczajnym facetem, jak i… –
urwał nie mogąc znaleźć słowa.
– Brzydkim psychopatą z piłą
mechaniczną? – podsunął Jared.
– Brzydkim psychopatą z piłą
mechaniczną – potwierdził Peter. – O Boże, mamy przerąbane, nie?
– Totalnie przerąbane – powtórzył
głucho Jared. – Ale i tak nie mamy nawet połowy kłopotów jakie może mieć
Cassidy.
Oboje milczeli przez chwilę, zanim
Peter przerwał ciszę.
– To powiesz mi w końcu, po co tu
przyszliśmy? Wierzę, że nie chodzi tu tylko o twoje skłonności samobójcze.
Jared wywrócił oczami.
– Widzisz to? – złapał łopatę i z
łatwością wbił ją w ziemię. – Powinna tu być twarda, uklepana glina. To znaczy,
że nie dawno ktoś tu grzebał.
Peter uniósł brwi, patrząc na
chłopaka.
– Po co?
Jared zaczął rękami odgarniać
ziemię, którą wcześniej wykopał. Peter rzucił mu sceptyczne spojrzenie, jednak
po chwili z dołu wyłoniła się średniej wielkości skrzynka.
– Lubisz się bawić w piratów?
Jared uśmiechnął się.
– Kiedyś lubiłem – odparł,
ustawiając skrzynie obok Petera. – Gdy byłem mały, przychodziłem tu z Cassidy.
Planowaliśmy zrobić z tego nasze tajne miejsce, więc zakopywaliśmy tutaj różne
drobiazgi. Muszelki, liście, rozumiesz o co mi chodzi?
Peter kiwnął głową, jednak jego
odpowiedź była z tym całkowicie sprzeczna.
– Ani trochę – powiedział luźnym
tonem. – W przeciwieństwie do niektórych, ja nie szlajałem się w dzieciństwie
po ciemnym, niebezpiecznym lesie, w którym nawiasem mówiąc, właśnie jesteśmy.
– Okres masz czy co? – warknął
Jared. – Jesteś dzisiaj denerwująco opryskliwy.
– Wspomniałem już, że nie lubię
ciemnych lasów?
Jared westchnął zirytowany. Nie
czekając dłużej otworzył skrzynie, a Peter mimowolnie zajrzał do niej zaciekawiony,
świecąc latarką.
Jak można było się spodziewać, w
środku znajdowało się sporo mokrej ziemi, jednak z poza jej grudek, widoczne
było kilka drobiazgów, o których mówił Jared. Połamane muszle, kilka ptasich
piór, błyszczące kamienie i wiele innych rzeczy które małym dzieciom wydawały
się cenne.
A jednak jedna rzecz była nowa, a
Jaredowi zalśniły się oczy.
– Wiedziałem – syknął do siebie.
Wyciągnął ze skrzyni spory wisiorek, chociaż dzięki rozmiarom mógł spokojnie
zostać nazwany medalionem. Najdziwniejsze było to, że został wykonany, prawie w
całości z drewna. Srebrna nić łączyła ze sobą brązowe kuleczki, a całość
kończyła się na ładnie wykończonym medaliku. Z jednej strony, na drewnianym
kółku, była umocowana mała, szklana klepsydra z jakimś szarym pyłem. Na drugiej
mógł zobaczyć jakiś dziwny, symetrycznie złożony wzór.
– Nie jest twój, prawda? – domyślił
się Peter.
– Musiała go tu zostawić –
powiedział Jared. W jednej chwili jego podekscytowanie opadło. – Ciotka Sabina
twierdzi, że Cassidy mówiła coś o mnie, zanim zniknęła, ale nie mam pojęcia co.
Peter wziął do ręki medalion.
– To popiół – stwierdził po chwili.
– Ten szary proszek w klepsydrze. A poznajesz ten symbol?
Pokręcił głową.
– I tak prawie nic nie widzę. –
powiedział Jared, przecierając oczy. Światło dochodzące z latarki było naprawdę
beznadziejne. – Tylko nie mów, że bateria pada, bo zejdę na zawał.
Peter uderzył dłonią w latarkę,
jednak nic to nie dało.
– Jest już stara – wzruszył
ramionami. – Zmywajmy się, bo może długo nie wytrzymać.
Jared skinął głową i przez parę
kolejnych minut zakopywali skrzynie, z powrotem pod ziemię.
Później spojrzał znowu na medalion.
To było dziwne – w ciągu ostatnich paru lat, on i Cassidy bardzo się od siebie
oddalili, a mimo to dziewczyna nie zapomniała o ich małym podziemnym skarbcu.
Było to lekko pocieszające. Tylko czemu naszyjnik? Mogła zostawić jakąś
notatkę. Informację czemu uciekła i jak ją odnaleźć. A ona dała mu mały
medalion.
Tak czy siak, cicha nadzieja
zakiełkowała w głowie Jareda. Uniósł kącik ust i razem z tym krzywym uśmiechem,
utwierdziła się w nim pewność, że ją znajdzie.
۞
Jared leżał leniwie na łóżku, w pokoju przyjaciółki – Dominici. Wsłuchiwał się w delikatne stukanie klawiatury, dochodzące z drugiego końca pomieszczenia. Dochodziła dopiero trzecia, a jemu już brakowało chęci do życia, za co przeklinał się w myślach. Miał wrażenie, że ledwo doczołgał się do domu Dominici. O Peterze postanowił na razie zapomnieć, wiedział, że nie jest w dobrym humorze. Wczoraj w nocy, gdy zamierzali wracać do domu, spotkała ich dosyć nieprzyjemna niespodzianka w efekcie której, musieli zadzwonić na pomoc drogową. Peter bynajmniej nie był zadowolony.
–
Co jest?! – warknął chłopak, gdy doszli do granatowego citroëna, zaparkowanego
przy skraju lasu. Uklęknął gwałtownie przy samochodzie.
Jared otworzył usta, jednak szybko
je zamknął w zamian marszcząc brwi. Dobiegł do przyjaciela.
– Kto to zrobił?! – zdenerwował się
Peter.
Jared przejechał palcami po kole.
Opona citroëna była rozdarta w kilku
miejscach.
– To są chyba jakieś żarty! –
krzyknął chłopak.
Jared przysłuchiwał się klnącemu
przyjacielowi, jednocześnie sprawdzając drugie koło. Ono też wyglądało podobnie,
tak samo jak pozostałe dwa. Wszystkie były rozcięte tak mocno, że z daleka
można było zobaczyć długie, poszarpane dziury. Jared i bez wiedzy
motoryzacyjnej Petera, wiedział, że samochód już nie pojedzie.
– Przejechaliśmy po czymś? – zapytał
Jared.
Peter kopnął rozdartą oponę.
– Moglibyśmy przejechać po
gwoździach, a i tak nie zostawiłoby to takich śladów – warknął. – Czemu wszyscy
tak nienawidzą mojego auta?! – krzyknął, wspominając rysę na masce.
– Myślisz, że ktoś to zrobił
specjalnie? – spojrzał na niego Jared.
– Na pewno – prychnął Peter. –
Często psują psują opony, a pół metra dalej oferują pomoc. Oczywiście za drobną opłatą
– chłopak był wściekły. – Szukaj teraz jakiegoś tępego cygana, bo nie mam komu
zlać tyłka!
– Nie masz nic zapasowego w bagażniku?
– Na jednym kole nie pojedzie –
warknął Peter.
Jared poczuł jakby coś opadło mu na
dno żołądka. Obrócił się w stronę lasu, z niepokojem oglądając drzewa.
– Jared? – usłyszał nad uchem
dziewczęcy głos.
Uniósł głowę spoglądając na Dominicę.
Ruda czternastolatka wpatrywała się w monitor, delikatnie obrócona w
jego stronę.
– Hm? – zdołał wymruczeć Jared.
Stawy zatrzeszczały mu złowrogo, gdy wstawał. Zdziwiony, zastanowił się jak
długo leżał w bezruchu i jak niewiele brakowało żeby zasnął.
Mimo że Dominica była dziewczyną (a
bycie dziewczyną zobowiązywało do porządku, nie?) jej pokój przypominał armagedon.
Właściwie w dowolnym momencie mógłby tu wbiec tuzin terrorystów z bombami
wysokiego rażenia, a wnętrze nie zmieniłoby się znacząco. Książki, ubrania,
jakieś torby, zeszyty, siatka pełna kauczuków, puste butelki, buty, szczotki do
włosów, zdarte plakaty i inne drobiazgi – wszystko to walało się po podłodze,
przez co Jared musiał uważać, żeby na czymś nie stanąć. Uroczy obrazek
dopełniała Dominica, której rude, mocno kręcone włosy, często nadawały wygląd
oszołoma.
– Jeździsz jeszcze na tych rolkach?
– spytał sceptycznie Jared, kopiąc wskazany przedmiot. Rolki były zniszczone,
brakowało w nich kółek, a na dodatek miały na sobie obrzydliwie słodkie
wizerunki księżniczek.
Dominica podniosła wzrok i sekundę
potem znowu wlepiła go w komputer.
– Nie – mruknęła pod nosem. – Chcesz
je odkupić?
– Nie sądzę, żeby były jeszcze
zdatne do użytku – odparł. – Tak samo jak tamten połamany karton w kącie.
Właściwie to nie mam pojęcia czemu on tu właściwie jest.
Dominica podążyła za jego
spojrzeniem.
– Kiedyś wywalę – powiedziała
krótko.
Jared westchnął. Nieźle sobie dobrał
przyjaciół – brudas i bałaganiara.
– Znalazłaś coś? – spytał, opierając
się o blat biurka. W tym celu musiał przesunąć kubek, piórnik i dwa włożone w
siebie talerze. Dominica wykonała wcześniej podobną czynność, robiąc trochę
miejsca na myszkę.
– Dwie rzeczy. I obie mnie lekko
przerażają, jeśli muszę być szczera – powiedziała dziewczyna.
Jared zmarszczył brwi i powiódł
wzrokiem za kursorem myszki. Dominica kliknęła jedno z okienek i przed oczami
pojawił mu się artykuł, pobrany z jednej ze stron internetowych.
– Zwierzęta atakują „Deer Meadow”? –
przeczytał, nie do końca rozumiejąc.
– To nazwa ośrodka wypoczynkowego. –
wyjaśniła Dominica. – Na obrzeżach miasta, kort tenisowy, basen, te sprawy.
– Nie wiedziałem, że w tych lasach
są kojoty – powiedział, zauważając zdjęcie tego zwierzęcia. Dreszcz przebiegł
mu po plecach, gdy pomyślał o wczorajszej wycieczce.
– To zwierzęta wędrowne – odparła
Dominica. – Według tego artykułu, stado dzikich kojotów napadło wczoraj na
ośrodek, który na szczęście stał wtedy prawie pusty. Właściciele czekali na
jakiś remont, więc w środku było najwyżej jakieś dziesięć osób, a poza tym,
większość ludzi spała. Patrz na to – Dominica zaznaczyła linijkę tekstu. – Według nagrań z monitoringu, około 2:30,
zwierzęta wtargnęły na teren ośrodka. Portierka, która zauważyła kojoty i
zamierzała wezwać pomoc, została zaatakowana. Dopiero nad ranem, właściciel
ośrodka „Deer Meadow” odnalazł panią Besselach w pokoju, używanym jako
wypożyczalnia filmów, dla wczasowiczów. Kobieta została przewieziona do
szpitala, jej stan jest krytyczny.
Jared uniósł brew.
– Po co kojoty miałyby się włamywać
do wypożyczalni filmów? – spytał sceptycznie. – Kuchnię czy sklep to bym
zrozumiał, ale wypożyczalnia?
– Ja bym zapytała, kto wypożycza
filmy o trzeciej w nocy – mruknęła Dominica. – Ale nie chodziło mi o to.
Mówiłeś mi, że razem z Peterem musieliście wczoraj zadzwonić na pomoc drogową.
Kiedy wróciliście do domu?
Chłopak zmrużył oczy.
– Jakoś po trzeciej, ale czekaj…
Chcesz mi powiedzieć…
– Że przejeżdżaliście dokładnie obok
ośrodka „Deer Meadow”, chwilę po ataku kojotów – dokończyła z zadowoleniem, wpisując coś w
wyszukiwarce. Po chwili przed jego oczami pojawiła się mapa miasta. Dominica
przesunęła widok na lasy.
– Byliście mniej więcej tu –
pokazała palcem na monitorze. – Tędy wracaliście, a tu – dźgnęła zabudowane
miejsce. – leży „Deer Meadow”.
Jared czasami nie mógł zrozumieć
Dominici. Gdy to mówiła była uśmiechnięta, a w jej oczach błyszczało
podekscytowanie.
– Byliśmy w lesie. Z kojotami –
skrzywił się Jared. Zastanawiał się, co się stanie, gdy powie o tym Peterowi,
który od samego początku był przeciwny tej wycieczce.
– Nie tylko wy – zauważyła Dominica.
– Ktoś przedziurawił wam koła.
– Dzięki, że mi o tym przypominasz –
prychnął.
– Och, Jared myśl! – zdenerwowała
się Dominica. – Ktoś wam zniszczył opony, więc nie pojechaliście. Gdybyście
pojechali, prawdopodobnie napotkalibyście stado wściekłych kojotów.
Jared zamarł na sekundę, zanim
posłał Dominice ostrzegające spojrzenie. Oczy dziewczyny w dalszym ciągu były
wypełnione podekscytowaniem.
Mógł szczerze powiedzieć, że
nienawidził tego. Nie cierpiał tej wady dziewczyny, która powodowała, że w
ciągu jednej minuty, potrafiła wymyślić teorie spiskowe, wystarczająco
skomplikowane, aby jego głowa zaczynała wirować. Zwykle starał się śmiać z
wyobraźni przyjaciółki, jednak zdarzały się przypadki, kiedy nie mógł wytrzymać
i zaczynał najzwyczajniej się na nią wydzierać. Szczególnie, gdy teorie
Dominici zaczynały brzmieć mniej więcej jak „Nie dostałam w MacDonaldzie
torebki z keczupem. Jared, czy nie uważasz, że to sprawka tych wścibskich
związkowców od kampanii majonezowej?!”
Chociaż czasami się to przydawało.
Dominica była świadoma większości incydentów, które działy się w ich szkole,
jednak wszystkie starała dopasowywać do siebie, tworząc swój własny połączony
wszechświat. Jared nie był pewny czy czyni z niej to wspaniałego detektywa, czy
wręcz przeciwnie. W końcu Dominica miała skłonności do przesady.
Jared pokręcił głową.
– Dominica, takie rzeczy się
zdarzają. Peter mówił, że ludzie często psują samochody, a potem zjawiają się, żeby
je naprawić za pieniądze.
– Skoro tak, to dlaczego nikogo nie
spotkaliście? – spytała oskarżająco dziewczyna. – I nikt was też nie
zaatakował. Jak myślisz, po co przebili wam koła?
– Dla zabawy?
– Jared! Skup się – pisnęła
Dominica. – Dlaczego przebili wam koła?
Chłopak zamyślił się.
– Żeby je zepsuć? – podsunął,
unosząc jedną brew.
Ruda istotka załamała ręce.
– Z kim ja żyję? – szepnęła
zirytowana. Jej twarz powoli robiła się czerwona ze złości – Żeby was
spowolnić! Spowolnić! Czy ty nie oglądasz filmów?!
Jared westchnął, zakładając ręce na
piersi. Oparł się o biurko i poczuł się jeszcze bardziej zmęczony niż
wcześniej.
– Przestań, Dominica. Ludzie w
filmach tak główkują, ponieważ mają do rozwiązania coś skomplikowanego. A jest skomplikowane,
ponieważ scenarzysta miał miesiące, żeby to wymyślić. Może nawet lata. Tutaj
prawda jest taka, że ktoś nam przebił koła i po sprawie.
– Przestań zachowywać się jak Peter!
– wykrzyknęła Dominica. – Dlaczego musisz być taki ślepy?!
– Próbujesz z tego zrobić jakiś
idiotyczny kryminał – odparł. – Gdybyś siebie posłuchała, doszłabyś do wniosku,
że to co mówisz, nie ma sensu – wzruszył ramionami – Ktoś nam zniszczył opony,
Dominica, to wszystko.
– I zupełnie przypadkiem w tym samym
czasie kojoty zaatakowały „Deer Meadow”?! – krzyknęła.
– Tak – postarał się powiedzieć
spokojnie. – Bo to tak jakbyś stwierdziła, że skoro dzisiaj piłem herbatę z
dwiema łyżkami cukru, a pani Sohall z pod czwórki piła bez, to musi być jakoś
połączone! Zbieg okoliczności, rozumiesz takie wyrażenie?
Dominica otworzyła usta,
niewątpliwie, żeby odkrzyknąć coś obraźliwego, jednak w ostatnim momencie
ugryzła się w język i odwróciła do monitora. Na policzkach wykwitły jej ze
złości różowe plamy, a oczy ciskały błyskawice. Jared obserwował jak wystukuje
coś na klawiaturze. Nienawidził kłócić się z Dominicą.
– To patrz na to! – syknęła po
chwili, wskazując na monitor. – Patrz i powiedz, że nie widzisz powiązań!
Na ekranie pojawiły się zdjęcia.
Wiele zdjęć przedstawiających jakieś pomieszczenia, wyglądające na hotel, a w tle
widać było sporo drzew, co wskazywało, że budynek jest położony w okolicach
lasu. Patrząc po wnętrzach pokoi, największą atrakcją były rozwieszone wszędzie
czaszki i wypchane głowy zwierząt, zawieszone na drewnianych ścianach.
Zwierzęce trofea łypały na niego ze zdjęć, zupełnie jakby były jeszcze żywe.
Jared spojrzał na Dominicę.
– No i? – spytał. – To wcale nie
jest jakoś specjalnie dziwne. Gdy byłem nad morzem, wszędzie było widać takie
ozdoby, a nawet mój wujek ma powieszoną czaszkę jelenia na ganku…
– Jakim cudem dożyłeś szesnastu lat,
ty nieogarnięty ślimaku? – spytała Dominica, patrząc na niego ze zirytowaniem.
Jared uniósł kącik ust. Ślimaku? –
Przypatrz się.
– Ślimaki mają słaby wzrok – posłał
jej lekko drwiący uśmieszek, przez co znowu został spiorunowany wzrokiem. Nie
chcąc wywoływać kłótni, potulnie spojrzał na monitor, jednak na jego ustach
dalej błądził wyraz dziwnego rozbawienia.
Żadne zdjęcie nie wyróżniało się
niczym specjalnym, więc Jared w pierwszej chwili nie zrozumiał o co chodzi.
Dopiero zdjęcie ustawionych koło siebie w rzędzie głów zwierząt zwróciło jego
uwagę.
– Wszystkie są takie same –
powiedział, chociaż Dominica na pewno zauważyła to na samym początku. Pokryte
sierścią trofea przypominały coś na kształt dużego lisa, albo psa. Jednak trochę wyglądały jak małe wilki, które nie przypominają wilków, ale czy to miało sens? Nagle doznał olśnienia. – I wszystkie to kojoty.
Dominica obserwowała go z pod
przymrużonych powiek, jednak nie umiała się długo powstrzymywać i wyraz
fascynacji wdarł się na jej twarz. Gniew powoli zaczął znikać ,dając miejsce
choremu podekscytowaniu.
– Dalej uważasz, że ten atak kojotów
nie był związany z wami?
Jared zmarszczył brwi.
– Dlaczego jakiś stary budynek ma
mieć jakiekolwiek powiązania z nami? – spytał, jeszcze raz spoglądając na
zdjęcia.
– Zgadnij pod jakim logiem działa
ten hotel – odparła. Jednak nie czekając na jego odpowiedź, położyła na stole
medalion, klepsydrą w dół.
Znalezisko jego i Petera. Zanim
prawie zasnął, dał go Dominice, żeby rozpracowała skąd może pochodzić. A
dziewczyna bardzo dokładnie to zrobiła.
Na odwrocie drewnianego medalionu
można było zobaczyć symbol złożony z kilku czarnych smug. Jedna w
północny wschód, jedna na południe i dwie na zachód. Identyczny znak który
widniał na zdjęciu szyldu hotelu „Rossemburg”.
– Myślisz, że ona… – Jared złapał w
dłoń medalion. – Że Cassidy, może tam być?
Dominica przeniosła na niego pełne
podekscytowania oczy.
– To bardzo możliwe.
Jared wyszarpnął z kieszeni telefon.
– Jesteś absolutnie cudowna,
Dominica – wysapał, szybko szukając znajomego numeru. – Obłędnie, nadludzko
genialna…
Dziewczyna zarumieniła się mocno,
jednak dalej się uśmiechała.
Jared odwrócił się i przyłożył
telefon do ucha.
– Peter? – potknął się o coś na zabałaganionej
podłodze, a że nie miał gdzie stanąć, prawie wyrżnął orła. – Dalej mam ten
monopol na twoją słodką troskę?
۞
– Za pięćdziesiąt metrów skręć w prawo.
–
Tu nie ma skrętu w prawo, ty ułomny androidzie!
ŚWIETNE! :D Widać, że masz smykałkę do pisania. Nie mogę doczekać się następnego rozdziału. :)
OdpowiedzUsuńŚwietny blog! Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, M ;)